Wraz z początkiem pandemii w mediach społecznościowych zaczęło pojawiać się coraz to więcej kont tzw. tradwives (skrót od angielskiego traditional wives), tworzących treści internetowe inspirowane estetyką lat 50. Długie sukienki, pieczenie chleba na zakwasie, zajmowanie się domem i rodziną to główne elementy charakteryzujące tradwives. Platformy najbardziej znanych twórczyń, takich jak Hannah Neeleman czy Nara Smith, cieszą się ogromną popularnością, przyciągając odpowiednio 10 i 11 milionów obserwujących na TikToku. Oglądając kolejne kadry z domowej kuchni i rodzinnego życia, łatwo przeoczyć przesłanie polityczne, które się za nimi kryje.
Ten nagły zwrot „ku tradycji” tradwives tłumaczą często zmęczeniem kapitalizmem. Nie chcą już więcej poświęcać swojego życia pogoni za karierą, która przecież nie da im spełnienia. Problem w tym, że odrzucając kapitalistyczne dążenie do sukcesu, odrzucają również politykę feministyczną, winiąc ją za puste obietnice, które nie rozwiązały problemów nierówności płciowych [1]. Odrzucając feminizm i wybierając życie w patriarchalnej strukturze heteronormatywnej rodziny, kobiety same napędzają system, który dąży do ich marginalizacji [2]. Zapominają przy tym, że feminizm nie popiera istnienia systemu kapitalistycznego. Co więcej, feministki aktywnie dążą do rozwiązania tych samych problemów, które skłoniły tradwives do wycofania się z życia zawodowego.
Choć w swoich narracjach tradwives przedstawiają ten wybór jako świadome odrzucenie systemu, w rzeczywistości często stanowi on jedynie reakcję na jego niewydolność.
Praca opiekuńcza
Jednym z największych wyzwań, z którymi borykają się współczesne kobiety, jest obowiązek łączenia pracy opiekuńczej z pracą zarobkową. Bez względu na to, czy identyfikują się jako tradwives czy nie, według opracowanego w 2018 roku raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy, czyli jednej z agencji afiliowanych ONZ, kobiety wykonują średnio 76,2% wszystkich godzin bezpłatnej pracy opiekuńczej. W obliczu braku rozwiniętego państwa opiekuńczego i starzejącego się społeczeństwa pracy tej tylko przybywa, a pogodzenie jej z pracą zawodową staje się wręcz niemożliwe. Według US Census Bureau, około 25% matek w Stanach Zjednoczonych zrezygnowało z pracy ze względu na brak dostępności infrastruktury opiekuńczej spowodowany pandemią. Ponadto badanie Pew Research Center dowodzi, że w 2021 roku 26% matek nie było aktywnych zawodowo, z czego przytłaczająca większość jako powód podała zajmowanie się rodziną lub domem.
Gdy w pracę opiekuńczą zaangażowane są w przeważającej większości kobiety, które w następstwie tego rezygnują z aktywności zawodowej, dochodzi automatycznie do pogłębienia rozgraniczenia między pracą zarobkową, której podejmują się mężczyźni, aby utrzymać finansowo rodzinę – czyli tzw. pracą produktywną – a pracą opiekuńczą kobiet, czyli pracą reprodukcyjną [3]. Stereotypy płciowe sprawiają, że reprodukcja, postrzegana jako motywowana instynktem macierzyńskim i przedstawiana jako labor of love („praca miłości”), staje się więc sprawą prywatną, znajdującą się poza sferą odpowiedzialności państwa [4]. Dzięki temu państwo nie musi przejmować się rozwijaniem polityki prorodzinnej, która zapewniłaby dodatkowe wsparcie i w konsekwencji umożliwiła kobietom powrót na rynek pracy. Dodatkowo, przyjmując założenie, że posiadanie dzieci – w przeciwieństwie do pracy wykonywanej dla celów finansowych – jest powodowane motywacją wewnętrzną, łatwo założyć, że macierzyństwo i wychowanie potomstwa pracą jako taką nie jest. Nie tylko ucina to dyskusje na temat potencjalnej pomocy finansowej, ale tworzy również podstawę do eksploatowania pracy opiekuńczej, co tylko przyczynia się do powiększania istniejących już nierówności na tle płciowym [5].
Kryzys opieki
Wyżej opisane zjawisko nazywane jest crisis of care, czyli kryzysem opieki. Naukowcy i naukowczynie opisujące to zjawisko podkreślają, jak bardzo kluczowa dla funkcjonowania społeczeństwa jest wykonywana praca opiekuńcza i wskazują na to, w jaki sposób obecny system uniemożliwia jej zapewnienie [6]. Sprawowanie opieki wymaga przewidywalnej sytuacji życiowej, możliwości zarządzania swoim czasem i fizycznego przebywania z osobą, która tej uwagi wymaga. Jednocześnie coraz więcej prac, które umożliwiają wyższe zarobki, wymaga tzw. „pełnej dostępności” pracownika przez 24 godziny na dobę.
W takiej sytuacji, w szczególności gdy mowa o wychowaniu dzieci, pary zmuszone są podjąć decyzję: albo obie osoby podejmują się pracy z tzw. czasem kontrolowanym – takiej, która ma miejsce tylko w stałych ramach czasowych i nie wymaga zaangażowania poza jej godzinami, ale jest zdecydowanie gorzej płatna – i próbują pogodzić ją z obowiązkami rodzinnymi, albo jedna osoba wybiera zawód, w którym czas jest niekontrolowany, tj. który wymaga pełnej dostępności w zamian za potencjalnie dużo większe zarobki. Druga osoba przejmuje wówczas większą część nieodpłatnych zadań [7]. Jako że z reguły prace z czasem niekontrolowanym – tzw. greedy work – mają nieproporcjonalnie wyższe wynagrodzenie, wiele par decyduje się na takie rozwiązanie ze względów ekonomicznych. Niestety model ten zazwyczaj uderza bezpośrednio w kobiety i ich niezależność ekonomiczną, gdyż w zdecydowanej większości przypadków to one rezygnują z aktywności zawodowej.
Co ciekawe, problem ten dużo dotkliwiej dotyka kobiet z wyższym statusem ekonomicznym niż tych z niższym. Wynika to właśnie z tego, że posiadane przez nie kwalifikacje i wykształcenie predysponują je do wykonywania greedy work z niekontrolowanym czasem pracy. Taka praca z kolei często okazuje się być nie do pogodzenia na przykład z macierzyństwem. To zjawisko nazywane jest paradox of privilege („paradoksem przywileju”) [8]. Kobiety te albo decydują się na całkowite wyłączenie z kariery zawodowej, albo podejmują się prac mniej prestiżowych, często postrzeganych jako stereotypowo kobiece – na przykład w nauczaniu czy trzecim sektorze. Takie sytuacje nie tylko skutkują potencjalnym zatrzymaniem rozwoju zawodowego poszczególnych jednostek, ale bezpośrednio przekładają się na mniejszą reprezentację kobiet na pozycjach przywódczych.
Brak zaufania do systemu
Podsumowując, rosnący brak zaufania do systemu skutkuje różnymi reakcjami ze strony kobiet. Podczas gdy różne grupy feministyczne nawołują do kolektywnego działania, tradwives obierają inną drogę. Skoro system nie działa, należy radzić sobie samej – jednym słowem, odciąć się od kapitalizmu i pracy zarobkowej, zamiast tego tworząc swoją bezpieczną bańkę, osadzoną w tradycji oraz indywidualizmie. Takie działania nie stanowią remedium na kryzys systemu opieki, ale przenoszą odpowiedzialność z państwa na poszczególne jednostki. Zamiast walczyć o powstawanie żłobków czy przedszkoli finansowanych z budżetu państwa, kobiety cały ciężar opieki biorą na siebie.
Indywidualizacja opieki stanowi problem nie tylko dlatego, że pogłębia nierówność płci. Przyczynia się także do postępującego problemu polaryzacji. Jeżeli nie możemy polegać na systemie w jednej kwestii, to czy możemy ufać mu w innych? Postępujący brak zaufania zaczyna przenosić się również na inne obszary życia. Tradwives odgrywają m.in. dużą rolę w promowaniu ruchów antyszczepionkowych, ale także innych narracji charakterystycznych dla skrajnie prawicowych środowisk, takich jak straszenie o rzekomym zagrożeniu ze strony ruchów queerowych i feministycznych, czy szerzej – podważanie wiedzy naukowej i wiarygodności instytucji publicznych [9] [10].
Dla przykładu, główną rzeczą, na którą tradwives poświęcają swój czas to przygotowywanie jedzenia od zera („from scratch”). W ten sposób usiłują uchronić swoją rodzinę przed toksyczną żywnością, która jest wynikiem dysfunkcyjnego systemu żywnościowego. Brak zaufania do jakości żywności nie jest niczym nowym – ten sam trend był również obecny w latach 50. Codzienne pieczenie chleba, zarabianie ciasta na makaron i robienie własnego jogurtu wymagają mnóstwa czasu i nie są możliwe do pogodzenia z pełnoetatową pracą. Czynności te stanowią więc jedno z wytłumaczeń, dlaczego rezygnacja kobiet z pracy zarobkowej jest konieczna.
Problemem nie jest wyłącznie to, że tradwives decydują się na pozostanie w domu, aby opiekować się dziećmi i zajmować się mężem. Problemem jest to, że patrząc na treści, w których influencerki romantyzują ten styl życia, nie dostrzegamy, jak bardzo jest on upolityczniony. Sam choćby problem żywności, a w szczególności promowanie organicznych produktów, uwydatnia różnice klasowe, które tradwives tak bardzo usiłują zataić. Te różnice jednak wychodzą na jaw szczególnie wtedy, gdy znane tradwives zaczynają wypuszczać swoje własne wyroby. Przykładowo, pakiety produktów mięsnych oferowane przez markę Ballerina Farm należącą do Hanny Neeleman sięgają 199 dolarów, a zestawy wypieków – 149 dolarów, w momencie, gdy miesięczny budżet żywnościowy przeciętnej mieszkanki czy mieszkańca Stanów Zjednoczonych wynosi od 315 (w wersji oszczędnej) do 485 (w wersji przeciętnej) dolarów. Jednym słowem, dla większości kobiet promowane standardy są niemożliwe do spełnienia.
Ruch tradwives ma więc charakter silnie klasowy. Model życia proponowany przez influencerki nie jest możliwy do osiągnięcia dla większości kobiet. W samych Stanach Zjednoczonych jedynie niewiele ponad 20% kobiet w wieku między 25 a 54 lat nie jest czynna zawodowo. Z kolei najbardziej znane internetowe tradwives nie tylko czerpią zyski ze swojej działalności w internecie, ale są również w posiadaniu ogromnego kapitału społecznego i finansowego.
Wyżej wspomniana Hannah Neeleman, publikująca treści jako BallerinaFarm, ukończyła Juilliard, uważaną za jedną z najlepszych szkół artystycznych na świecie. Jej mężem jest Daniel Neeleman, syn miliardera Davida Neelemana, który jest z kolei m.in. założycielem linii lotniczej JetBlue. Podążając za marzeniem Daniela o „prostym życiu w gospodarstwie”, para prowadzi pod marką Ballerina Farm ogromne gospodarstwo w Utah, prawdopodobnie warte (w roku zakupu, czyli w 2018) 2,75 miliona dolarów. Oprócz przychodów generowanych przez samą farmę, Hannah prowadzi również sklep internetowy, gdzie sprzedaje swoje produkty.
Z kolei Nara Smith rozpoczęła swoją karierę jako modelka. Aktualnie skupia się głównie na rozwijaniu swojej kariery w internecie. W 2026 roku Forbes umieścił ją na liście Forbes’ 2026 Top Creators list, szacując jej zarobki na 7,5 miliona dolarów.
Hipokryzja popularnych influencerek
Tradwives robią dla młodych kobiet coś bardzo kuszącego – sprzedają obraz kobiety, która jest wolna, bo nie musi pracować zarobkowo. Spędza swoje dni w domu, otoczona gromadką dzieci, gotując kolejny posiłek dla męża. Cały ten obrazek, dodatkowo upstrzony pięknymi (choć mało wygodnymi czy praktycznymi) strojami, wygląda kusząco w chaotycznym świecie, gdzie kobiety dostają co rusz sprzeczne komunikaty dotyczące roli, jaką powinny wykonywać w społeczeństwie. Zmęczone feministycznymi hasłami o niezależności, odnoszą się one do nich niezbyt przychylnie, biorąc pod uwagę trudną obecnie sytuację na rynku pracy nie tylko w Polsce, ale również globalnie. Nic więc dziwnego, że kolorowe i estetyczne rolki czy TikToki promujące tzw. tradycyjną kobiecość wyglądają zachęcająco.
Warto jednak zauważyć pewne sprzeczności w narracji tych influencerek. Skuszone wizją powrotu do tradycyjnego życia, wiele młodych kobiet może nie zauważyć, że ich ulubione twórczynie tak naprawdę mimo przekazu tradycyjne nie są. Wiele z nich w gruncie rzeczy zarabia na swoich treściach w mediach społecznościowych. Mają więc one dochód, który można potraktować jako ewentualne zabezpieczenie finansowe. To z kolei daje wrażenie celowego kreowania marki. Warto zauważyć tę niespójność przekazu chociażby dlatego, że jego skutki mogą być po prostu niebezpieczne. Trend tradwives wysyła kobietom komunikat, że spełnienie dla kobiety oznacza oddanie się pod opiekę mężczyzny, niepracowanie, zajmowanie się domem i dziećmi, ograniczenie autonomii decyzyjnej. Promuje on więc model podporządkowania i zależności kobiet. Zależność i podporządkowanie są ciałem i duchem tej narracji: mężczyzna to Twój opiekun i przewodnik, masz mu się oddać w opiekę, zaufać całkowicie, niech Cię prowadzi, a Ty mu nie wchodź w drogę, tylko za nim podążaj – i pamiętaj, aby nie przyciągać wzroku innych mężczyzn. Influencerki tradwife jednak nie spełniają tych kryteriów – można zauważyć, że same publikują swój wizerunek w internecie, którego odbiorcami są miliony. Mają swój własny głos, platformę, eksponują swoje poglądy w wyrazisty sposób, a przede wszystkim korzystają z możliwości zarabiania na publikowanych treściach, jednocześnie pozując w mediach społecznościowych na zależne i uległe. Ta hipokryzja jest niebezpieczna, bo ma realny wpływ na rzeczywistość. Odbiorczyniami takich treści są głównie kobiety, a użytkowniczek, do których trafia ten przekaz są miliony. Łatwo więc sobie wyobrazić, na jaką skalę rozprzestrzenił się opisywany trend i jak wiele kobiet może się nim zainspirować. Tradwives to nie jest zwykłe internetowe zjawisko, o którym zapomnimy za miesiąc – trend ten może mieć namacalne konsekwencje społeczne, polityczne i ekonomiczne, nierzadko ze stratą dla kobiet.
Kto czerpie korzyści z tradycyjnych ról płciowych?
Trend tradwife jako performowanie kobiecości i estetyzacja zależności od mężczyzny w głównej mierze sprzyja interesom mężczyzn. Nie powinna być to zaskakująca teza, ponieważ to właśnie wokół mężczyzny i jego potrzeb skupia się rola tradycyjnej żony. Jej tożsamość również nierzadko formuje się w odniesieniu do mężczyzn. Są to tzw. męskocentryczne kobiety, albo jak je nazwała pisarka i filozofka feministyczna bell hooks – male-identified women, czyli kobiety, które opowiadają się po stronie mężczyzn, jednocześnie działając na szkodę kobiet. Tradycyjne żony reprezentują właśnie ten typ kobiet, co można zobaczyć w mediach społecznościowych – normalizują one bycie uległą i uzależnioną od męża, krytykują liberalne i lewicowe kobiety albo zamieszczają w mediach krzywdzące opinie. Przykładem jest młoda influencerka Savanna Stone, która głosi, że kobiety nie powinny mieć prawa głosu w wyborach, oraz która zasłynęłą słowami: ,,Czy próbowałaś założyć letnią sukienkę i ugotować mu ulubiony posiłek? Czy próbowałaś naprawdę słuchać, kiedy mówi? Czy próbowałaś być szczęśliwa i radosna, kiedy wraca do domu, zamiast go dręczyć? Czy starałaś się utrzymać dom w czystości, żeby był dla niego azylem, do którego wraca, a nie kolejnym chaosem?”. Oczywiście, kobiety także mogą czerpać korzyści z tradycyjnego układu – nie muszą stresować się pracą zarobkową, czują się zaopiekowane, mogą budować bliską więź z dziećmi. To jednak dosyć wąska perspektywa, która nie pokazuje pełnego obrazu dynamiki takiego modelu ani jego potencjalnych skutków. Rezygnacja przez kobietę z pracy zarobkowej powoduje powstawanie asymetrii zależności w związku. Mężczyzna zyskuje większą kontrolę, a rezygnacja z pracy zarobkowej oznacza dla kobiety rezygnację nie tylko z własnych zasobów finansowych, ale także potencjalny brak możliwości odejścia od partnera. Może odbierać także poczucie sprawczości, które nierzadko wpływa na samoocenę. Te czynniki władzy mogą dawać mężczyźnie kontrolę, co nie jest ani romantyczne, ani bezpieczne w prawdziwym świecie, w którym każda decyzja niesie za sobą pewne ryzyko. Zależność finansowa od mężczyzny, który stosuje jakąkolwiek formę przemocy – fizyczną, psychiczną, seksualną, ekonomiczną – odbiera kobiecie możliwość odejścia, ochrony dzieci czy wzięcia rozwodu.
Nierzadko słyszy się głosy mężczyzn twierdzących, że to oni poświęcają się w związkach, ponieważ utrzymują rodzinę, podczas gdy żona przebywa w domu z dziećmi. Warto jednak zauważyć, że mężczyzna będący singlem również chodziłby do pracy – oczywiście miałby mniej wydatków, ale nadal robiłby to samo. Z kolei kobieta pozostająca w domu nie dostaje za swoją pracę ani grosza, choć często zajmuje się domem cały dzień, także po godzinach pracy męża, w zasadzie wykonując prace domowe i opiekując się dziećmi od rana do nocy. Warto więc zadać pytanie: kto na tym korzysta? Badania ekonomiczne i socjologiczne potwierdzają, że mężczyźni lepiej prosperują zawodowo, gdy mają kogoś (najczęściej partnerkę) wykonującą większość prac opiekuńczych i domowych. Jest to układ wygodny i korzystny przede wszystkim dla mężczyzn.
Czy feminizm może krytykować tradwives?
Niektóre liberalne feministki w mediach społecznościowych bronią opisywanego trendu, jako argument podając wolność wyboru. Są one jednak w zdecydowanej mniejszości. Ich założenie jest takie, że każdy kobiecy wybór jest w porządku, póki wybiera kobieta. Trudno się z tym zgodzić, biorąc pod uwagę, że większość naszych wyborów jest podyktowana tym, co słyszymy i widzimy żyjąc w społeczeństwie. Wątpliwości wzbudza stwierdzenie, że uznawanie każdego wyboru kobiety za słuszny jest w interesie feminizmu jako ruchu [11]. Mamy tu do czynienia z kobietami, które propagują stawianie kobiet w roli osób zależnych, bez realnej władzy. Jest to zjawisko, z którym feministki walczyły i walczą od lat, dlatego jego powrót w formie trendu w mediach społecznościowych jest niepokojący i potencjalnie ryzykowny dla młodych kobiet – wszak influencerki nie uświadamiają tych ostatnich, z czym może wiązać się decyzja o całkowitej zależności finansowej od mężczyzny. Młode kobiety dopiero formułują swoje poglądy, a zdecydowanie się na bycie całkowicie zależną finansowo od mężczyzny w młodym wieku może nieść za sobą szereg konsekwencji, z których młoda kobieta nie zdaje sobie sprawy. Każda z nas ma prawo do własnego wyboru, ale na niektóre wybory warto patrzeć krytycznym okiem.
Zależność ekonomiczna to groźna pułapka
Zależność ekonomiczna nigdy nie będzie działać w interesie kobiet, niezależnie od tego, jak ładnie ktoś tę narrację opakuje. Kobieta, która nie ma ani doświadczenia zawodowego, ani pieniędzy, może mieć trudności z odejściem od przemocowego partnera. Lub odwrotnie – może znaleźć się w bardzo trudnym położeniu, jeżeli jej mąż ogłosi pewnego dnia, że chce rozwodu. Przemoc ekonomiczna to udokumentowane zjawisko dotykające bardzo wielu kobiet. Finansowa kontrola – wydzielanie pieniędzy, ograniczanie dostępu do rachunku bankowego czy uniemożliwianie podjęcia pracy zarobkowej – to realia kobiet na całym świecie. Niestety, to zjawisko rzadko jest traktowane poważnie. W wielu krajach nadal panuje całkiem silne przekonanie, że kobieta powinna być podporządkowana mężczyźnie, a koncept przemocy ekonomicznej nie jest powszechnie znany, więc jej przejawy bywają bagatelizowane.
Zjawisko powrotu do tradycyjnego stylu życia utrwala także wzorce męskości, które w dzisiejszym świecie wiele kobiet postrzega raczej jako szkodliwe. Utrwalanie tych starych wzorców cofa nas do postrzegania kobiet jako biernych, niezdolnych do podejmowania decyzji, potrzebujących prowadzenia przez życie za rękę przez męskiego opiekuna. To zjawisko infantylizacji kobiet, co gorsza popularyzowane przez same kobiety, od dłuższego czasu można zaobserwować w social mediach nie tylko jako trend tradwives, ale także w formie innych trendów mających miliony wyświetleń i polubień. Przykładami są „girl math”, „being good at blue store so I can go to the pink store” oraz „coloring while my boyfriend is at his big boy job”. „Girl math” utrwala stereotypy, że kobiety nie kierują się logiką i rozsądkiem oraz postępują nierozsądnie oraz nieodpowiedzialnie z pieniędzmi. ,,Being good at blue store so I can go to the pink store” oznacza, że kobieta zachowuje się „odpowiednio”, gdy jest z jej partnerem w „męskim” sklepie, aby on ją potem zabrał do „dziewczęcego” sklepu i pozwolił jej coś tam kupić. Nie dość, że utrwala to stereotypy na temat płci i ról płciowych, to dodatkowo przedstawia kobietę jako dziecko, które jest zależne od swojego partnera. Pokazuje kobiety jako dziecinne, głupiutkie i „pod władzą” drugiej osoby. Z kolei „coloring while my boyfriend is at his big boy job” to kolejny przykład infantylizacji kobiet, tym razem w najbardziej oczywistej formie. Kobieta tutaj jest przedstawiona jako mała dziewczynka, która wykonuje typową dla dzieci czynność jaką jest kolorowanie, podczas gdy jej partner jest w pracy i wykonuje poważną pracę. Znowu pojawia się tu utrwalanie dynamiki damsko-męskiej jako dziecka i dorosłej osoby.
Polska – brak wsparcia, brak wyboru
Kryzys opieki znajduje również swoje odniesienie w polskim kontekście. Według danych GUS jeszcze w 2018 roku jedynie 36% polskich gmin posiadało jakąkolwiek placówkę opieki nad dziećmi do lat trzech. Do 2022 roku odsetek ten wzrósł do 53,5%, jednak niemal trzy czwarte tych placówek to instytucje prywatne, na które większość polskich rodzin zwyczajnie nie stać. Kobiety decydujące się na macierzyństwo są często stawiane przed faktem dokonanym – system nie zapewnia im infrastruktury, która umożliwiłaby aktywność zawodową. Ma to odzwierciedlenie również w danych: Polska należy do siedmiu krajów UE, w których luka zatrudnienia między kobietami a mężczyznami przekracza średnią unijną – z wynikiem 11,3% zajmuje czwarte miejsce w tej grupie.
Ponieważ roczne przychody „niepracującej” Neeleman to 40 lat przychodów przeciętnej Polki czy Polaka, więc próby dorównania promowanemu przez tradwives sposobu życia są po prostu całkowicie nierealistyczne. Proponowane rozwiązania nie mają żadnego przełożenia na rzeczywistość. Jedyną szansą na poprawę są zmiany na poziomie strukturalnym.
Dlaczego warto być niezależną ekonomicznie?
Krytyka feministyczna w wydaniu innym niż liberalne, taka, która nie aprobuje bezkrytycznie decyzji kobiet o wejściu w ekonomiczne uwikłanie, może budzić pewne kontrowersje czy opór. Niemniej jednak warto zauważyć, że wejście w zależność ekonomiczną to jedynie iluzja bezpieczeństwa obarczona realnymi konsekwencjami, często niebezpiecznymi dla kobiet. W Polsce 12% kobiet doświadczyło przemocy ekonomicznej. Z kolei na skali Europy ponad 31% kobiet doświadczyło jakiegokolwiek rodzaju przemocy ze strony partnera. Oznacza to, że prawie jedna trzecia kobiet jest lub była w przemocowym związku. Ponadto według badania z 2010 roku, 34% Polaków “wydzielanie pieniędzy i kontrolowanie wydatków współmałżonka uważa za przejaw gospodarności”, a według raportu European Institute for Genderx Equality, 36% badanych uważa przemoc ekonomiczną w ramach związku za akceptowalną. Przemoc ekonomiczna jest bardzo skuteczna w trzymaniu kobiety w przemocowym związku poprzez odebranie jej wolności. Co więcej, według danych, którymi dysponujemy, to właśnie dom jest najbardziej niebezpiecznym miejscem dla kobiety, a najbardziej niebezpieczną osobą jest dla niej jej partner. W Polsce aż 63% kobiet, które są ofiarami kobietobójstwa, ginie z rąk partnera. Samych ofiar przemocy domowej wśród kobiet było w 2025 roku ponad 50 tysięcy. Dane Centrum Praw Kobiet wskazują, że każdego dnia z rąk partnera lub byłego partnera ginie co najmniej jedna kobieta. Oznacza to, że w praktyce szansa na doświadczenie przemocy w związku ze strony mężczyzny jest niemała, a zależność kobiety w wymiarze ekonomicznym zamyka jej drogę potencjalnej ucieczki.
Jednym ze skutków zależności ekonomicznej jest ubóstwo porozwodowe kobiet. Kobiety, które polegają na dochodach partnera, są bardziej narażone na skutki rozwodu, a najbardziej narażone są zwłaszcza matki [12]. Wzrost zatrudnienia ani alimenty często nie wystarczają. Mężczyźni tracą mniej, bo rzadziej polegają na dochodzie partnerki, co jest kolejnym argumentem, by zapewnić sobie niezależność ekonomiczną. Nie każde małżeństwo kończy się rozwodem, jednak bufor bezpieczeństwa w postaci pieniędzy może zapobiec jego niekorzystnym skutkom oraz pozwolić kobiecie ten rozwód w ogóle zainicjować.
W polskim kontekście rzadko jest także mowa o emeryturze. Brak aktywności zawodowej oznacza brak zabezpieczenia na starość. Według polskich przepisów, osoby, które nie przepracowały ani jednego dnia, nie mają zagwarantowanej emerytury. W szczególnych przypadkach mogą liczyć na niezbyt dużą kwotę 1600 zł [13]. Im mniejsza aktywność zawodowa, tym mniejsza kwota emerytury, a kobiety są najbardziej narażone na głodowe stawki.
Perspektywa decyzyjności gra bardzo dużą rolę w kontekście tradycyjnego małżeństwa i podziału ról. Brak sprawczości w relacji to brak możliwości decydowania, gdy w grę wchodzą pieniądze. Kobieta mająca własny dochód czy finansowe zabezpieczenie może stawiać warunki lub nie godzić się na nie, gdy są dla niej niewygodne. Niezależność ekonomiczna zwiększa więc pozycję negocjacyjną kobiety.
Źródła
[1] Banet‑Weiser, S. & Reinis, S. (2026). The rage of tradwives: Affective economies and romanticizing retreat. Feminist Theory, 27 (1), pp. 50–66.
[2] Berlant, L. (2008). Cruel optimism. Durham: Duke University Press.
[3] Bailyn, L. et al. (2025). The crisis of care: A curated discussion. Journal of Management Inquiry, 34(4), pp. 351-377.
[4] Fletcher, J. (1999). Disappearing acts: Gender, power, and relational practice at work. Cambridge, MA: MIT Press.
[5] Federici, S. (2004). Caliban and the witch: Women, the body and primitive accumulation. New York: Autonomedia.
[6] Bailyn, L. et al. op cit.
[7] Ibid.
[8] Ibid.
[9] Farvid, P., Riccardi, J., Basker, S., Nathan, R., McGinley, C., & Frasier, I. (2026). Tradwife influencers and the mainstreaming of alt-right femininity: A visual motif analysis of gendered extremism online. Psychology of Women Quarterly, 50(2), 165–185.
[10] Banet-Weiser, S., & Reinis, S. op. cit.
[11] Thwaites, R. (2017). Making a choice or taking a stand? Choice feminism, political engagement and the contemporary feminist movement. Feminist Theory, 18(1), 55–68.
[12] Hogendoorn, B., Leopold, T., & Bol, T. (2020). Divorce and diverging poverty rates: A risk-and-vulnerability approach. Journal of Marriage and Family, 82(3), 1089–1109.
[13] Ustawa z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych (Dz. U. 1998 Nr 137 poz. 887).

