Polska ma stać się kolejnym przystankiem dla biznesu, który na wykorzystywaniu kobiecej zdolności do rodzenia zbudował międzynarodowy rynek. 12-13 września ukraińska firma BioTexCom organizuje w Warszawie wydarzenie promujące ich programy surogacyjne. W kraju, w którym surogacja nie jest uregulowana jako legalna usługa, firma chce spotkać się z potencjalnymi klientami i przekonywać ich do skorzystania z macierzyństwa zastępczego. Trudno o bardziej wymowny przykład tego, jak rynek reprodukcyjny próbuje przekraczać kolejne granice.
BioTexCom opisuje surogację językiem „rodzicielstwa”, „marzeń” i „szczęśliwej rodziny”. W materiałach firmy znajdziemy informacje o konkretnych programach, dawstwie komórek jajowych czy koordynacji leczenia. Brzmi to jak pakiet usług. W jego centrum znajduje się jednak kobieta, której ciało ma przez dziewięć miesięcy wykonywać pracę reprodukcyjną na rzecz klienta. O tej kobiecie mówi się najmniej.
Kto naprawdę płaci cenę za ten biznes?
Ukraina stała się jednym z najważniejszych europejskich ośrodków komercyjnej surogacji. Branża szczególnie rozwinęła się po tym, jak kolejne państwa azjatyckie zaczęły ograniczać międzynarodową surogację w związku z przypadkami wyzysku i handlu ludźmi. Nie jest przypadkiem, że to właśnie biedniejsze kobiety są świadczycielkami tej „usługi”. Nie wynajmuje się przecież macicy kobiety, która ma wystarczająco dużo pieniędzy, by móc odmówić. Rynek potrzebuje kobiet, dla których kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy euro stanowi kwotę zmieniającą sytuację całej rodziny.
Klient ma pieniądze, prawników i możliwość wyboru kraju, w którym procedura zostanie przeprowadzona. Kobieta ponosi natomiast fizyczne ryzyko ciąży i porodu, a jej sytuacja ekonomiczna może być jednym z powodów, dla których w ogóle rozważa surogację. W przypadku Ukrainy nierówność ta stała się szczególnie brutalna po rozpoczęciu wojny. Kobiety noszące ciąże dla zagranicznych klientów musiały jednocześnie mierzyć się z realnym zagrożeniem życia, ewakuacją, rozłąką z własnymi rodzinami i niepewnością dotyczącą przebiegu ciąży. Tymczasem część zagranicznych mediów skupiała się przede wszystkim na tym, czy klienci będą mogli odebrać opłacone dzieci. Jak słusznie zauważyła nasza była członkini Natalia Sudoł w tekście „Konflikt interesów: surogacja, konflikt zbrojny, autonomia cielesna kobiet”, kobiety, które te dzieci rodziły, pozostawały niemal niewidzialne.
Wojna nie zatrzymała wyzysku
Szczególnie oburzający jest fakt, że firma BioTexCom działała na ukraińskim rynku surogacyjnym również po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji. W 2023 roku przytoczyłyśmy wypowiedź pracownika firmy, który w pierwszych miesiącach wojny mówił o zagranicznych klientach oczekujących na możliwość przystąpienia do programu i o poszukiwaniu kolejnych kandydatek na „matki zastępcze”. Nie możemy udawać, że chodzi wyłącznie o „pomoc osobom zmagającym się z niepłodnością”. Niepłodność z pewnością może być źródłem ogromnego cierpienia. Nie daje jednak prawa do kupowania dostępu do ciał kobiet.
Surogacja nie jest feministycznym wyzwoleniem
Próba przedstawienia surogacji jako symbolu wolności wyboru jest szczególnie absurdalna z perspektywy feministycznej. Wolność nie polega na tym, że kobieta może sprzedać swoją cielesność wtedy, gdy jej sytuacja ekonomiczna nie pozostawia jej wielu innych możliwości. Trudno mówić o emancypacji, kiedy cały rynek surogacji opiera się na nierówności ekonomicznej między klientem a surogatką.
Ruch abolicjonistyczny sprzeciwia się traktowaniu kobiecego ciała i zdolności reprodukcyjnych jako towaru. Nie chcemy, aby Warszawa była miejscem promocji takiego utowarowania kobiet. Nie chcemy normalizacji języka, w którym kobieta staje się „matką zastępczą”, a jej ciąża elementem pakietu oferowanego bogatemu klientowi. Nie chcemy rynku, na którym zamożniejsi mogą kupić możliwość przeniesienia ryzyka ciąży na biedniejszą kobietę. I nie będziemy udawać, że jest to kwestia wolnego wyboru.

