Niektóre wydarzenia ostatnich lat nieubłaganie pokazują nam, że „kultura” funkcjonuje obecnie jako wyraz-worek; pokusiłabym się nawet o stwierdzenie „wyraz-śmietnik”. Kilka lat temu popularny patostreamer Rafatus, który na wizji między innymi wlewał w siebie ogromne ilości alkoholu i znęcał się nad swoją partnerką, powiedział w wywiadzie, że wszystkie te działania były formą sztuki nowoczesnej. Na scenie amerykańskiej podobne wizje sztuki roztaczał Sam Hyde, którego performensy były podkoloryzowane rasizmem. Za „projekty artystyczne” uznaje się też tzw. pranki, czyli działania niemające na celu skrzywdzenia odbiorcy, ale prowokujące go i wywołujące silny stres – trudno, żeby takie formy„pranka” jak napaść na muzeum czy zaklinowanie swojej głowy w mikrofali nie wzbudzały zdenerwowania w postronnych odbiorcach.
Może to skrajne przykłady, ale pokazują dobitnie, że pojęcia kultury i sztuki w wielu przestrzeniach rozszerzają się i zacierają granice. Niektóre kwestie z tego zakresu są przedmiotem szerokich dyskusji: na przykład o uznanie swojej działalności za tworzenie kultury starają się między innymi tatuatorzy, twórcy gier komputerowych czy organizatorzy pokazów mody. Ich motywacją jest głównie otrzymanie ulg podatkowych. I o ile zgodzę się, że dany twór nie musi być częścią sztuki wysokiej ani zostać uznany przez akademickich krytyków, żeby można było go uznać za element kultury ogólnie, o tyle powinien przynajmniej stanowić część dorobku i historii określonej cywilizacji albo chociaż dostarczać odbiorcom zabawę, nie powodując przy tym szkód. Jeżeli więc za część naszej historii, dorobku albo jakościowej rozrywki lokalnej uznajemy pokazy erotyczne w internecie – cóż, nie świadczy to o nas najlepiej.
Sytuacja, która wywołała duże poruszenie w mediach, wyglądała następująco: pewien mężczyzna zwrócił się do instytutu Krajowej Informacji Skarbowej, wnioskując o zwolnienie z podatku VAT tworzonych przez siebie spektakli o charakterze erotycznym. Nie ulegało wątpliwości, że przedmiotem zainteresowania jest sprzedaż treści seksualnych – usługa miała być transmitowana na żywo na „specjalnie do tego przeznaczonym portalu” i niezapisywana. Dyrektor KIS negatywnie zaopiniował wniosek, podatnik odwołał się więc do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, który wydał wyrok pozytywny, a przypieczętował go jeszcze Naczelny Sąd Administracyjny.
Zanim przejdę do zdecydowanej krytyki całej sytuacji, zaznaczę gwoli ścisłości – nie chodzi o pruderyjność. Uznaję bez wahania, że erotyka była, jest i będzie elementem sztuki – której notabene najprostszą definicją jest działanie motywowane potrzebą duchową, które wzbudza emocje w odbiorcy, ale nie ma wyższego celu poza zaistnieniem samym w sobie.
Oczywiście dobra kultury posiadają określoną wartość rynkową – szczególnie w czasach późnego kapitalizmu – ale zawód-artysta wciąż nie jest najbardziej stabilnym i dochodowym zawodem świata i nie sądzę, że ktoś wybiera ASP jako najkrótszą drogę do kapitału ekonomicznego. Dlatego nie kupuję historii o „artystach”, zarabiających w internecie na swoim wizerunku, potrzebujących pilnie zwolnienia z VAT-u, żeby móc swobodnie tworzyć to, co nazywają „sztuką nowoczesną”.
Trudno dzisiaj wyznaczyć granicę między artystą a nie-artystą, jeżeli w wielu branżach rośnie zapotrzebowanie na kreatywność – w siedzibach korporacji spotkamy między innymi designerów, projektantów i całą gamę ilustratorów; niektórzy za pracę kreatywną uważają też programowanie – w końcu to też jest jakieś wytwarzanie. Nie ośmieliłabym się jednak nazwać artystami tych pracowników, którzy otrzymują hojne wynagrodzenie za swoją pracę i prawdopodobnie w tym celu uczyli się obsługiwać specjalistyczne programy, a nie dla wewnętrznego spełnienia – choć nie neguję, że może ono występować. Niemniej kreatywność nie jest tym samym, co sztuka i sama kreatywność nie sprawia jeszcze, że każdy jej wytwór zostanie dziełem kultury. Dlaczego więc za takie dzieło zostały uznane pokazy erotyczne w Internecie?
Tomasz Wagner, doradca podatkowy i autor komentarza do całej sprawy dla Rzeczpospolitej, ocenił decyzję NSA pozytywnie i podkreślił, że „dobrze, że NSA nie zawęża pojęcia kultury do tzw. wysokiej”. Następuje tu więc – świadoma lub nie – legitymizacja branży erotycznej, podparta ustawieniem się w roli po pierwsze kuratora i speca od sztuki, po drugie obrońcy tak zwanych „zwykłych ludzi” – w końcu to do nich teoretycznie skierowana jest kultura masowa i popularna, w przeciwieństwie do elit, do których najczęściej trafia sztuka wysoka. Problemem jest fakt, że zakwalifikowanie pokazu erotycznego na platformie dla dorosłych jako „kultury” nie przybliża ludzi do zainteresowania kulturą, a wręcz przeciwnie – wzmacnia tylko wrażenie, że skoro tworem kulturowym może być wszystko, to staje się ona trudna do zrozumienia i kłopotliwa w interpretacji. Dla większości ludzi, zwłaszcza bez zaplecza historycznosztucznego, łatwiejsze w odbiorze będzie Babie lato Chełmońskiego niż Fontanna Duchampa. Pokazy erotyczne, gdyby zakwalifikować je do kultury, stałyby po tej samej stronie, co Fontanna – która nie jest sztuką złą, ale zdecydowanie stawia opór w dotarciu do niej i zrozumieniu przez odbiorcę. Chwalenie sądu za decyzję, która rzekomo ma uznawać sztukę niższą, jest błędem logicznym – ponieważ to, że dziełem kultury jest coś codziennego i bliskiego życiu, wcale nie świadczy o przynależności do kultury niższej.
Jest więcej powodów, dla których trudno jest uznać przynależność treści erotycznych do dzieł kultury. Nawet jeśli chcielibyśmy uprzeć się, że jest to jakiś twór kultury popularnej – wciąż jest to kłopotliwe do udowodnienia. Pojęcie popkultury zatarło się obecnie z pojęciem kultury masowej, która, jak sama nazwa wskazuje, jest skierowana do mas, do wszystkich. Jak więc wyjaśnić, że z portali erotycznych korzystają wcale nie wszyscy, ale głównie mężczyźni w określonym wieku (średnio 34 lata) posiadający pewien kapitał ekonomiczny, bo portale te opierają się na wpłatach od widzów?
To nie jest rozrywka dla mas – to rozrywka dla specyficznej grupy, którą da się opisać i scharakteryzować. Ktoś może zarzucić mi teraz, że przecież każda branża ma specyficzną grupę odbiorców i że pływalnia też nie jest miejscem skierowanym do mas, a jedynie do tych, którzy potrafią pływać – i jest to prawda, ale! przecież to właśnie tam mogę zapisać się na zajęcia z pływania. Takie miejsca mają potencjał, by być otwartymi dla wszystkich lub prawie wszystkich; pokazy erotyczne online nie mają potencjału bycia dla każdego, bo dla większości ludzi niemoralnym jest, żeby kupować sobie dostęp do czyjegoś ciała i seksualności.
I najważniejsze: uznawanie pokazów erotycznych za twór kulturowy przyczynia się do ich normalizacji. Dziennikarze z portalu Nowa Ustawa VAT stanęli w obronie sądu, tłumacząc, że jeśli podatnik napisał we wniosku, że jego usługa nie będzie miała na celu wzbudzenia podniecenia u odbiorcy i będzie realizowana na zasadzie spektaklu, to sąd musi uznać to za prawdę – nawet jeżeli opis tej usługi wyraźnie wskazuje na jej jednoznaczny charakter. Dlatego nie można obwiniać sądu, który postąpił zgodnie z przepisami i nie mógł udowodnić, że tak naprawdę wniosek dotyczy sprzedaży usług seksualnych, a nie sztuki. Choć może warto było zainteresować się szczegółami sprawy – na przykład jaka konkretnie platforma miała była używana przez wnioskodawcę do realizowania wskazanych celów?
Można by było obwiniać samego wnioskodawcę, ale nie w smak mi ocenianie i wytykanie palcami osób sprzedających usługi seksualne: zdaję sobie sprawę, że najczęściej są postawione w sytuacji podbramkowej, skąd wynikają ich decyzje. Pamiętajmy, że około 90% osób pozostających w seksbiznesie deklaruje, że chciałoby z niego wyjść. Po wejściu w seksbiznes dopiero z czasem rozpoznaje się jego konsekwencje, do których należą między innymi doświadczanie przemocy czy wysokie ryzyko traumy pourazowej, a także zaburzenia postrzegania seksualności.
Ponieważ nie mam więc kogo obwinić za żenujący pomysł uznania pokazów erotycznych za działalność kulturalną, nie pozostaje mi nic innego, jak wysnuć ten sam wniosek, co zawsze: nie pozostawajmy obojętni na ogromny i rozrastający się problem wyzysku ludzi w seksbiznesie, nie normalizujmy go i nie bójmy się bycia krytycznymi wobec powszechnej liberalizacji prostytucji. Mamy prawo wygłaszać nasz sprzeciw – nawet wobec decyzji sądu.

