Substancja, film Coralie Fargeat z 2024 roku, to mistrzowsko wycyzelowana opowieść w konwencji body-horror o przekleństwie starzenia się w Hollywood – i w kobiecym ciele. Niemal każdy kadr to wizualne dzieło sztuki, a montaż i dźwięk są precyzyjnie zaplanowane tak, by wzbudzać w widzach poczucie dyskomfortu. Demi Moore i Margaret Qualley, grające dwie połowy tej samej osoby rozdzielone tytułową substancją, podejmują się momentami ekstremalnie wymagających ról, pokazując pełnię swojego aktorskiego kunsztu. Po miesiącach od obejrzenia filmu po raz pierwszy wciąż jestem pod wrażeniem czystego widowiska, którego doświadczyłam. Jednak nadal uderza mnie przede wszystkim jego główna koncepcja, która z oddaniem obrazuje horror doświadczenia starzenia się jako kobieta.
Elisabeth (Demi Moore), główną bohaterkę historii, poznajemy najpierw w sposób symboliczny: obserwujemy montaż jej gwiazdy w Alei Gwiazd. Z początku błyszcząca, z czasem niszczeje, a my uwagę przekierowujemy na prawdziwą Elisabeth na planie jej programu telewizyjnego, gdzie w obcisłym stroju – przywodzącym na myśl raczej lata 80. – prowadzi zajęcia z aerobiku. Wygląda pięknie, z pewnością młodziej i szczuplej niż przeciętna kobieta w jej wieku, jednak to nie wystarcza szefowi studia, Harveyowi (Dennis Quaid), który zwalnia Elisabeth z programu, bo jest za stara – skończyła niedawno pięćdziesiąt lat. Kamera zniekształca jego twarz w groteskowym przybliżeniu, a my obserwujemy, jak głośno przeżuwa krewetki. Szybko zdajemy sobie sprawę, nie tylko przez imię, które prawdopodobnie celowo nawiązuje do Harveya Winesteina, że mężczyzna reprezentuje wszystko, co związane z władzą i seksistowską przemocą. Sam z pewnością jest starszy od Elisabeth, ale wiek nie wpływa na jego pozycję, a nawet ją wzmacnia, dodając autorytetu. Kobieta wybiega ze studia i wsiada do auta, a po zobaczeniu po drodze, jak plakat z jej twarzą zrywany jest z billboardu, rozbija samochód i ląduje w szpitalu. Nie ucierpiała na zdrowiu, ale młody pielęgniarz podaje jej wizytówkę z numerem telefonu i napisem „SUBSTANCJA” wraz z liścikiem: „To zmieniło moje życie”. Wiemy już, że Elisabeth wykona telefon, a to na dobre zmieni trajektorię jej losu.
Tajemniczy głos-narrator kieruje bohaterkę do ciemnego zaułka, gdzie na końcu zasypanego gruzem korytarza znajduje się biały pokój z szafkami. Elisabeth znajduje tam niewinnie wyglądające pudełko z zestawem substancji, której nie zawaha się użyć nawet pomimo licznych przeciwwskazań. Jeden zastrzyk ma odblokować DNA i rozpocząć podział komórkowy, który doprowadzi do wyłonienia nowej, młodszej i piękniejszej wersji bohaterki. Musi jednak pamiętać – obie części pozostają jednością. Już niedługo przekona się, co to oznacza w praktyce.
Oto jak działa substancja: najpierw Elisabeth musi rozebrać się do naga w ostro oświetlonej białej łazience, przypominającej laboratorium, i obejrzeć swoje starzejące się ciało. Warto ponownie zaznaczyć, że wygląda świetnie – jest szczupła i gibka, z nienaturalnie jędrnymi piersiami i lekko obwisłymi pośladkami, jak na kobietę w jej wieku przystało. Teraz musi wstrzyknąć sobie fiolkę z soczyście zielonym płynem, a następnie przeżywać katusze, wijąc się na podłodze, gdy płyn zacznie działać. Przerażający guz deformuje jej plecy. Następnie Sue, postać grana przez Margaret Qualley, wyłania się z czystej linii rozciętej wzdłuż kręgosłupa. Sue musi zaszyć dziurę, z której się wydostała, węzłami grubej czarnej nici. Słyszymy kłucie igłą, która wślizguje się w warstwy skóry. Nieprzytomne ciało Elisabeth należy karmić specjalnym płynem przez kolejny tydzień, ale aby Sue mogła funkcjonować, musi codziennie wbijać dużą igłę podskórną w odsłonięty kręgosłup Elisabeth i pobierać przezroczysty płyn, który następnie wstrzykuje sobie w bok. Jest zmuszona robić to przez siedem dni z rzędu, po czym obie części „ja” mają obowiązek bezwzględnie zamienić się miejscami.
Tutaj pojawia się pierwszy często przytaczany zarzut wobec Substancji: kobiety żyjące pod presją tyranii piękna są zdesperowane, aby zachować swoją urodę, ale czy aż tak? Czy ktokolwiek zdobyłby się na takie poświęcenie? Myślę, że dla wielu kobiet odpowiedź jest jasna. Abstrahując od faktu, że jako widzki szybko zdajemy sobie sprawę, że film zachowany jest w konwencji groteski i przerysowania, to scena narodzin Sue celowo ma boleć i wywoływać fizyczny dyskomfort. Twórczynie bez subtelności podkreślają przemoc na ciele, która wiąże się z zabiegami upiększającymi – przemoc, która nie jest daleka od rzeczywistości. W końcu czym innym jest ból doświadczany podczas zabiegów kosmetycznych i wstrzykiwania igłą toksyny botulinowej (botoksu) w linie twarzy, ból liposukcji i powiększania piersi? Ból związany z infekcjami po zabiegach, krwiakami, gojeniem ran, utratą czucia, osłabieniem mięśni, trudnościami z oddychaniem? [1] Sama historia wprowadzenia zabiegu powiększania piersi brzmi jak swego rodzaju horror (odsyłam do artykułu na naszej stronie na ten temat). A może warto pójść z pytaniem o krok dalej: czy nie boli także zwykłe „dbanie o siebie”, zachowywanie standardów kobiecego genderu – golenie, depilacja, odchudzanie? W końcu w stereotypowym rozumieniu bycie kobietą to performance urody, który zmusza nas do codziennego zastanawiania się nad tym, jak wyglądamy, i postrzegania siebie przez pryzmat męskiego spojrzenia. Sprowadzenie kobiety do ciała – atrakcyjnego tylko, dopóki jest młode – to subtelna, ale dotkliwa forma przemocy.
Sue wychodzi do świata i dostaje dawną pracę Elisabeth. Wszystko idzie gładko, publiczność telewizyjna ją uwielbia. Dziewczyna kręci się w lśniącym różowym wdzianku z wycięciami, uśmiecha się szaleńczo do kamery. Kiedy nadchodzi tydzień Elisabeth, by istnieć w świecie, sprawy robią się bardziej ponure. Dobrze obrazuje to bolesna scena, gdy kobieta spotyka dawnego znajomego z liceum – całkiem zwyczajnego mężczyznę, który pamięta ją jako najpiękniejszą dziewczynę na świecie i zaprasza na drinka. Elisabeth potrzebuje uwagi, więc zgadza się na spotkanie, ale tuż przed wyjściem zaczyna obsesyjnie przyglądać się sobie w lustrze i poprawiać makijaż. To działanie szybko zamienia się w akt autoagresji; Elisabeth nakłada makijaż z odrazą, aż w końcu w geście obrzydzenia maluje szminką po twarzy – i ostatecznie nie wychodzi z domu. Rezygnuje z uczestnictwa w świecie, bo bez spełnienia wyimaginowanych standardów urody na niego nie zasługuje, a przynajmniej taką prawdę zinternalizowała.
Atrakcyjność i pożądanie są kluczowymi tematami w filmie, a jako widzki jesteśmy stale bombardowane obrazami pięknych młodych ciał. Szczególnie Sue to symbol spełnienia pewnego ideału – nieskazitelna (biała) skóra, usta rozchylone w uśmiechu, długie nogi, doskonałe piersi (które, jak zdradziła aktorka, były protezami). Wiele kobiet zgłaszało pogorszenie się nastroju po obejrzeniu Substancji właśnie ze względu na ciągłe wystawienie na ten niedościgniony ideał – i to w filmie, który ma krytykować standardy piękna! Podejrzewam, że ten efekt był celowy, stąd zwielokrotnione, przeciągnięte sceny, w których Sue tańczy przed kamerą i nagrywa program. Twórczynie bezpośrednio ujawniły zjawisko, którego doświadczamy niemal bez przerwy. Jako konsumentki treści kultury jesteśmy narażone na porównywanie się do aktorek czy modelek, które pomimo wyjątkowej urody wydały tysiące dolarów, żeby dodatkowo ją poprawić. Istnieje sporo badań, które potwierdzają, że wiąże się to z pogorszeniem obrazu własnego ciała, poczucia własnej wartości czy satysfakcji z wyglądu u kobiet [2, 3]. Atrakcyjność to karta przetargowa. Sue korzysta z życia, imprezuje, zdobywa nagrody, uprawia seks. W kontraście, Elisabeth jest głównie przygnębiona i znudzona, czekając, by znów stać się Sue. Wszystkie jej sceny rozgrywają się w mrocznym i sterylnym otoczeniu, kamera robi na nią zbliżenia, pokazując, jak bardzo straciła chęć do życia. Nie ma tutaj subtelności – kobieta przestała uczestniczyć w świecie, bo jej ciało się starzeje.
Kiedy Sue nieuchronnie przekracza granice tygodniowej zasady, poświęcając na pracę o kilka godzin więcej, niż jej przydzielono, konsekwencje te odbijają się na ciele Elisabeth. Wyrasta jej monstrualny palec staruchy, który rażąco nie pasuje do jej skądinąd wspaniałego ciała. Podkreśla to połączenie między bohaterkami, czy też dwiema połówkami jednej bohaterki. Wraz z rozwojem historii proces ten staje się coraz bardziej makabryczny. Sue osusza ciało Elisabeth do cna, przerywając dopiero, gdy płyn rdzeniowy całkowicie wyschnie, a wtedy Elisabeth jest zmuszona zmienić miejsce lub, jak możemy się domyśleć, umrzeć. Społeczne uznanie działa niczym używka, a w filmie zamienia się w bezpośrednie uzależnienie od substancji. W końcu Elisabeth wyłania się z łazienki – zgarbiona, zniekształcona i z wystającymi żylakami. Obraz ten wywołuje śmiech i obrzydzenie, ale co właściwie oznacza ta przemiana? Czy chodzi o obśmianie stereotypu kobiety-staruchy, który ma swoje korzenie w historycznym procesie zdewaluowania kobiecego starzenia i miał pozbawić je należytego szacunku? O ekstremalne odestetyzowanie procesu starzenia? A może o unaocznienie brutalnych skutków odrzucania własnego dualizmu, nieakceptowania sprzecznych części własnego „ja”?
W trakcie filmu słyszymy wielokrotnie, że Elisabeth i Sue są jednością. Zdanie to powraca niczym mantra, dominanta kompozycyjna, podbijane napisami rozciągniętymi na cały ekran. Odrzucenie tego faktu staje się fatalne w skutkach dla obu postaci. Gdy po wielu tygodniach Elisabeth odzyskuje świadomość, w akcie desperacji zamawia serum, które ma zakończyć działanie substancji i uśmiercić Sue. Z powodu błędu obie fizycznie się rozdzielają i istnieją jednocześnie. Następująca scena prosto rodem z filmów gore, w której leją się hektolitry krwi, jest moim zdaniem genialnym i przejmującym komentarzem na temat brutalności i bólu płynących z kobiecej nienawiści do samych siebie. Bo w końcu nienawiść, którą Sue odczuwa do Elisabeth, tej brzydkiej i zniekształconej, to właśnie nienawiść do siebie. Mimo to jedna nie może istnieć bez drugiej. Odrzucenie siebie prowadzi do groteskowego i przerażającego aktu rozpadu, który we mnie, jako widzce, wywołał istne katharsis. Na chwilę uwolnił od strachu przed utratą urody, utratą upłciowionego ciała, sprowadzając desperackie próby zaspokojenia patriarchalnych oczekiwań do rangi absurdu.
Alternatywą jest bycie całością. Zaakceptowanie zmian ciała jako naturalnych, czyli w tym przypadku: zaakceptowanie pełni swojego człowieczeństwa. Kobiety mogą odrzucić strach przed starzeniem jako kolejną opresyjną strukturę, która utrzymuje je w podległej pozycji. Co więcej – jest to konieczne, jeśli mają stać się w pełni sobą.
Bibliografia:
[1] Struk, S. (2025). „What are the risks of breast augmentation?” Dostęp: 2.11.2025 https://docteurstruk.fr/en/news/what-are-the-risks-of-breast-augmentation/
[2] Dai Y., Zhu Z., Guo W. Y. (2025) „The impact of advertising on women’s self-perception: a systematic review.” Frontiers in Psychology, vol. 15: 1430079. doi: 10.3389/fpsyg.2024.1430079.
[3] Lang M., Ye Y. (2024) „Beauty ideals and body positivity: a qualitative investigation of young women’s perspectives on social media content in China.” Frontiers in Psychology, vol. 15: 1389935. doi: 10.3389/fpsyg.2024.1389935.

