„Dość prania brudów w czterech ścianach”. Katarzyna Duda o pracy kobiet

 

Kata­rzy­na Duda — absol­went­ka pra­wa i poli­to­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Opol­skim. Autor­ka ksią­żek: „Kie­dyś tu było życie, teraz jest tyl­ko bie­da” i „KORPO. Jak się pra­cu­je w zagra­nicz­nych kor­po­ra­cjach w Pol­sce”. Spe­cja­list­ka ds. poli­ty­ki spo­łecz­nej OPZZ, człon­ki­ni związ­ku zawo­do­we­go Kon­fe­de­ra­cja Pracy.


Anna Obłę­kow­ska: Nie­zwy­kle cie­szę się, że mogę z Tobą poroz­ma­wiać przy oka­zji kam­pa­nii 16 Dni Akcji Prze­ciw Prze­mo­cy ze wzglę­du na Płeć. Jako Bez spo­ty­ka­my się z prze­mo­cą wobec kobiet w jej szcze­gól­nie wyraź­nym prze­ja­wie, jakim jest zja­wi­sko pro­sty­tu­cji, ale zda­je­my sobie spra­wę, że korze­nie dys­kry­mi­na­cji płcio­wej są bar­dzo roz­le­głe i mają źró­dła rów­nież w innych feno­me­nach. Jako spe­cja­list­ka do spraw opie­ki spo­łecz­nej OPZZ i autor­ka dwóch repor­ta­ży, w któ­rych roz­ma­wiasz z przed­sta­wi­ciel­ka­mi pokrzyw­dzo­nych spo­łecz­nie grup w Pol­sce, jestem cie­ka­wa jak postrze­gasz prze­moc wobec kobiet? W jakim aspek­cie życia naj­bar­dziej się, według Cie­bie, przejawia?

Kata­rzy­na Duda: Mimo wszyst­ko, odpo­wie­dzia­ła­bym, że wciąż naj­wy­raź­niej prze­ja­wia się w sto­sun­kach domo­wych i rela­cjach mał­żeń­skich. Gdy­bym mia­ła two­rzyć hie­rar­chię naj­bar­dziej palą­cych pro­ble­mów kobiet, to uzna­ła­bym, że to na tym polu jest naj­wię­cej do zro­bie­nia. W oso­tat­nim cza­sie, to odczu­cie potwier­dzi­ły bada­nia prze­pro­wa­dzo­ne na Uni­wer­sy­te­cie Mel­bo­ur­ne w Austra­lii, a opu­bli­ko­wa­ne w bran­żo­wym piśmie „The Lan­cet Public Health”, w któ­rych wzię­ło udział 70,3 tys. osób na całym świe­cie. Wyj­ście na świa­tło dzien­ne prze­mo­cy w domu pre­ze­sa Pol­skie­go Związ­ku Teni­sa (a następ­nie tak­że w samym Pol­skim Związ­ku Teni­so­wym) po tak wie­lu latach od tego, gdy Miro­sław Skrzyp­czyń­ski dopusz­czał się prze­mo­cy wobec rodzi­ny i zawod­ni­czek poka­zu­je, jak zastra­szo­ne bywa­ją kobie­ty, a tak­że jak sil­na bywa spo­łecz­na zmo­wa mil­cze­nia wobec tego problemu.

Z tych badań wyni­ka, że nie­płat­na pra­ca domo­wa gorzej wpły­wa na kobie­ty niż męż­czyzn, bo są one bar­dziej obcią­żo­ne i przej­mu­ją naj­gor­sze obo­wiąz­ki.   Kobie­ty wyko­nu­ją czę­ściej „nie­przy­jem­ne” zada­nia domo­we, pod­czas gdy męż­czyź­ni sku­pia­ją się np. na pra­cach ogro­do­wych na świe­żym powie­trzu. Podej­mu­ją się rów­nież czę­ściej zadań nie­re­gu­lar­nych, któ­rych nie trze­ba robić codziennie.

Wszyst­ko jest ze sobą ści­śle powią­za­ne. Nie­rów­ny nakład obo­wiąz­ków i prze­moc są w Pol­sce dalej uwa­ża­ne za pro­ble­my leżą­ce w stre­fie pry­wat­nej. Ujaw­nio­ne przez Onet nad­uży­cia pre­ze­sa PZT Mar­ci­na Skrzyp­czyń­skie­go nie­zwy­kle mnie zbul­wer­so­wa­ły. Na świa­tło dzien­ne wyszło, że pre­zes znę­cał się nad cór­ką i żoną  [ale i mole­sto­wał zawod­nicz­ki, o czym powie­dzia­ła gło­śno m. in. posłan­ka Kata­rzy­na Kotu­la], w związ­ku z czym PZT wyda­ło komu­ni­kat, że to co dzie­je się w domu pre­ze­sa jest jego pry­wat­ną spra­wą i nie powin­no to niko­go inte­re­so­wać. Ta dekla­ra­cja świet­nie obra­zu­je prze­ko­na­nie wie­lu osób, że prze­moc wobec kobiet nie jest pro­ble­mem spo­łecz­nym, któ­rym powin­ni­śmy się zaj­mo­wać w ramach poli­ty­ki. Prze­moc ma nale­żeć do sfe­ry pry­wat­nej, a to, co dzie­je się w czy­imś domu, nie jest naszą sprawą.

Co szcze­gól­nie cie­ka­we, czę­sto te same oso­by, któ­re uwa­ża­ją, że kobie­ty nie powin­ny „prać bru­dów” publicz­nie, zmie­nia­ją podej­ście, kie­dy mowa o pra­wach repro­duk­cyj­nych. Abor­cja, według nich, ma być już trak­to­wa­na jako pro­blem, o któ­rym może decy­do­wać sze­ro­ka publi­ka. Cią­ża i poród nie są per­so­nal­ną spra­wą kobie­ty. Jed­nak, jak widzi­my na co dzień, zaostrza­nie pra­wa abor­cyj­ne­go rów­nież jest prze­mo­cą i to prze­mo­cą w czy­stej postaci.

A.O.: Według pol­skich rzą­dzą­cych pro­ble­my kobie­ty nie są fak­tycz­ny­mi pro­ble­ma­mi, dopó­ki nie zaj­dą w cią­żę. Kobie­tom nie pozwa­la się wystą­pić jako oso­bom o zor­ga­ni­zo­wa­nym inte­re­sie poli­tycz­nym. Zasta­na­wia­łam się więc czy zgo­dzi­ła­byś się z popu­lar­nym w latach 70. hasłem „to, co pry­wat­ne jest poli­tycz­ne”? Czy się z nim identyfikujesz?

K.D.: Wyda­je mi się, że tak. To, co leży w sfe­rze pry­wat­nej jest jed­nak czę­ścią życia spo­łecz­ne­go. Nie moż­na tego roz­dzie­lać, bo wte­dy odsu­wa­my się od sys­te­mo­wej ana­li­zy ogrom­nej czę­ści nasze­go życia. Suma jed­nost­ko­wych doświad­czeń jak naj­bar­dziej ma wpływ na spo­łe­czeń­stwo. Życie per­so­nal­ne powin­no być więc przed­mio­tem deba­ty tak, jak i świat pracy.

Po korporacji i kopalni

A.O.: W takim razie czy pisząc „Kor­po. Jak się pra­cu­je w zagra­nicz­nych kor­po­ra­cjach w Pol­sce” albo „Kie­dyś tu było życie teraz jest tyl­ko bie­da” zasta­na­wia­łaś się jak róż­ni­ce płcio­we wpły­wa­ją na pra­cow­ni­ków lub eme­ry­to­wa­nych pra­cow­ni­ków? Czy te róż­ni­ce były wyraźne?

K.D.: Kie­dy pisa­łam pierw­szą książ­kę, „Kie­dyś tu było życie”, moi roz­mów­cy dzie­li­li się na dwie głów­ne gru­py: panie sprzą­ta­ją­ce i panów ochro­nia­rzy. Tak więc już na samym wstę­pie zazna­czył się wyraź­ny podział płcio­wy. Oso­by sprzą­ta­ją­ce w szpi­ta­lach, loka­lach gastro­no­micz­nych, budyn­ku rzą­do­wym były kobie­ta­mi, a por­tie­rzy, nad­zor­cy i ochro­nia­rze to w więk­szo­ści mężczyźni. 

Inną róż­ni­cą, któ­rą dostrze­głam, było podej­ście do pra­cy na eme­ry­tu­rze. Męż­czyź­ni dużo czę­ściej niż kobie­ty kon­ty­nu­owa­li pra­cę na eme­ry­tu­rze tyl­ko dla­te­go, że chcie­li. Cho­ciaż oczy­wi­ście dodat­ko­we środ­ki na pew­no mia­ły zna­cze­nie, przede wszyst­kim doku­cza­ło im zamknię­cie w domu, w sfe­rze pry­wat­nej. Czu­li potrze­bę wyrwa­nia się od ruty­ny codzien­nych obo­wiąz­ków, od żony. Nie przy­po­mi­nam sobie jed­nak, żeby któ­ra­kol­wiek z moich eme­ry­to­wa­nych roz­mów­czyń argu­men­to­wa­ła pra­cę na eme­ry­tu­rze tym, że chce uciec od nudy czy powin­no­ści rodzinnych. 

U kobiet poja­wia­ły się moty­wa­cje natu­ry stric­te eko­no­micz­nej. Więk­szość z nich w wie­ku przed­eme­ry­tal­nym doświad­cza­ła roz­ma­itych pro­ble­mów na ryn­ku pra­cy, któ­re spo­wo­do­wa­ły, że nie wypra­co­wa­ły sobie odpo­wied­niej kwo­ty świad­czeń. Po dro­dze wypa­da­ło mał­żeń­stwo, macie­rzyń­stwo, pra­ca w domu, opie­ka nad dzieć­mi, a w przy­pad­ku pra­cow­nic na powierzch­ni kopalń: cię­cia eta­tów, zwol­nie­nia. Na sku­tek tego kobie­ty czę­ściej zmu­szo­ne są do pra­cy na eme­ry­tu­rze, któ­ra w ich przy­pad­ku zwy­czaj­nie jest zbyt niska, żeby móc prze­żyć bez dodat­ko­we­go źró­dła zarobków. 

Jeśli cho­dzi o „Kor­po” nie dostrze­ga­łam już tak sztyw­ne­go podzia­łu: kobie­ty i męż­czyź­ni pra­co­wa­li w podob­nych zawo­dach. Zarów­no w call cen­ter, fir­mie logi­stycz­nej, jak i pożycz­ko­wej sytu­acja jest bar­dzo podobna. 

Dodatkowa zmiana kobiet?

A.O.: Fak­tycz­nie, ist­nie­je ten­den­cja w ramach kapi­ta­li­zmu, by wyrów­ny­wać róż­ni­ce płcio­we na niskich szcze­blach. We współ­cze­snych kor­po­ra­cjach jak naj­wię­cej zadań powin­no być moż­li­we do wyko­na­nia zarów­no przez kobie­ty jak i męż­czyzn. Czy w pra­cy, w któ­rej wszy­scy są trak­to­wa­ni jed­na­ko­wo – jak nie­zbyt war­to­ścio­we czę­ści maszy­ny – kobie­ty i męż­czyź­ni dosta­ją rów­ną szan­sę, żeby zjed­no­czyć się prze­ciw­ko pracodawcy?

K.D.: Nie­ko­niecz­nie. Jeśli cho­dzi o płeć związ­kow­ców, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łam w ramach „Kor­po”, pra­wie wszy­scy byli męż­czy­zna­mi. Ist­nie­je wyraź­na ten­den­cja: prze­wod­ni­czą­cy­mi związ­ków nie­mal­że zawsze są męż­czyź­ni, nawet jeśli w całym związ­ku i miej­scu pra­cy kobiet jest spo­ro. Funk­cje zarzą­dza­ją­ce w ZZ dalej są sil­nie zmaskulinizowane. 

Jed­no­cze­śnie, nie mia­łam wra­że­nia, by podział na płeć wybrzmie­wał w trak­cie wywia­dów – moi współ­ro­zmów­cy nigdy sami o tym nie wspo­mi­na­li. Wca­le nie musi to ozna­czać, że dys­kry­mi­na­cja płcio­wa w tych miej­scach nie ist­nie­je. Gdy­by porów­nać zarob­ki, pew­nie zauwa­ży­li­by­śmy zależ­ność prze­ma­wia­ją­cą na nie­ko­rzyść kobiet.

Jeśli cho­dzi o „Kie­dyś tu było życie”, a więc w star­szym poko­le­niu, kobie­ty sprzą­ta­ją­ce naj­czę­ściej mówi­ły o przy­pad­kach pogar­dy, obra­ża­nia, poczu­ciu „nie­ist­nie­nia”, ale nie pró­bo­wa­ły się prze­ciw­sta­wiać tej sytu­acji. Sam fakt, że męż­czyź­ni w ogó­le nie wyko­nu­ją prac sprzą­ta­ją­cych też o czymś świad­czy – ich nie­obec­ność w tym zawo­dzie jest gło­śna. Pra­ce sprzą­ta­ją­ce koja­rzą się z upo­ko­rze­niem. Ponad­to po powro­cie do domu kobie­ty czę­sto zaczy­na­ły „dru­gą zmianę”.

A.O.: Może brak kobiet na szczy­tach związ­ków w „Kor­po” to wła­śnie kwe­stia tzw. dru­giej zmia­ny? Kobie­ta wra­ca do domu po pra­cy i musi zająć się dziec­kiem, a męż­czy­zna zaj­mu­je się ZZ?

K.D.: Za brak kobiet na cze­le współ­cze­snych związ­ków zawo­do­wych obar­cza­ła­bym odpo­wie­dzial­no­ścią przede wszyst­kim postrze­ga­nie ról lider­skich jako męskich, a nie dodat­ko­wą zmia­nę kobiet w domu. Męż­czyź­ni są na każ­dym kro­ku dowar­to­ścio­wa­ni, jeśli cho­dzi o umie­jęt­no­ści orga­ni­za­cyj­ne. Kobiet nie widać. Nie dla­te­go, że brak im kom­pe­ten­cji czy nawet cza­su, ale przede wszyst­kim dla­te­go, że brak im sprzy­ja­ją­ce­go kli­ma­tu – zachę­ty, wspar­cia, dowar­to­ścio­wa­nia. Wie­le z moich roz­mów­czyń w związ­kach zawo­do­wych nie mia­ło jesz­cze rodzi­ny, a mimo tego nie dawa­ło rady piąć się w karie­rze związ­ko­wej. Pozo­sta­wa­ły na niż­szych szcze­blach organizacji.

Jed­nak kobie­ty z „Kie­dyś tu było życie” ist­nie­ją w nie­co innych realiach niż kobie­ty z „Kor­po”.  

A.O.: Przyj­rzyj­my się w takim razie histo­rii jed­nej z kobiet z „Kie­dyś tu było życie”. W cza­sach PRL mąż Pani Mar­ce­li­ny zara­biał wystar­cza­ją­co, żeby utrzy­mać całą rodzi­nę. Po trans­for­ma­cji i maso­wych zwol­nie­niach, zaczę­ło się jej życie w podwój­nej zmia­nie. Sama musia­ła pójść do sła­bo płat­nej pra­cy, ale po powro­cie do domu zaczy­na­ła następ­ną – zupeł­nie dar­mo­wą. Trze­ba było zająć się gospo­dar­stwem, bo kury i świ­nie nie nakar­mią się same. Dom trze­ba było posprzą­tać, obiad miał być ugo­to­wa­ny, dzie­ci spo­koj­ne. Kie­dy przy­glą­da­my się przy­pad­ko­wi pani Mar­ce­li­ny, nie spo­sób nie zauwa­żyć, że trans­for­ma­cja w inny spo­sób ude­rzy­ła w kobie­ty, a w inny w mężczyzn.

K.D.: Musi­my pamię­tać, że trans­for­ma­cja to nie tyl­ko zapaść eko­no­micz­na – przy zakła­dach ist­nia­ły prze­cież żłob­ki i przed­szko­la, któ­re rów­nież wów­czas zamknię­to. Likwi­da­cja znacz­nej czę­ści infra­struk­tu­ry opie­kuń­czej naj­moc­niej ude­rzy­ła wła­śnie w kobie­ty. Kie­dy przed­szko­la dzia­ła­ły przy zakła­dach pra­cy, oszczęd­ność cza­su była ogrom­na. Kobie­ta mogła pójść do swo­jej pra­cy lub, jak pani Mar­ce­li­na, zająć się gospo­dar­stwem. Koniec lat 80. zamknął kobie­ty z dzieć­mi w domu.

Transformacja i jej niezaleczone traumy

A.O.: Czy kie­dy słu­cha­łaś histo­rii Dol­no­ślą­za­ków i Dol­no­ślą­za­czek, prze­moc na tle płcio­wym powra­ca­ła w ich wspomnieniach?

K.D.: Ewi­dent­nie ta prze­moc mia­ła miej­sce. W domach, w któ­rych nie było pra­cy, czę­sto poja­wiał się alko­hol. W latach 90. i póź­niej powsta­ło mnó­stwo utwo­rów poświę­co­nym prze­mo­cy domo­wej. Taka była codzien­ność kobiet i dzie­ci, co wyraź­nie wybrzmie­wa w tek­stach o trans­for­ma­cji i tym, co dzie­je się w domu, gdy budżet sta­je się bar­dzo szczu­pły. Sfru­stro­wa­ny, zroz­pa­czo­ny męż­czy­zna swo­ją złość naj­czę­ściej odre­ago­wu­je na rodzinie.

Jed­no­cze­śnie, roz­ma­wia­łam głów­nie ze star­szy­mi ludź­mi, któ­rzy nie chcie­li roz­grze­by­wać sta­rych ran. Mimo tego dosko­na­le wie­my, że agre­sja wobec kobiet i dzie­ci była nagmin­na. Na sku­tek sys­te­mo­wej, eko­no­micz­nej prze­mo­cy zaostrza­ła się też prze­moc w sfe­rze ogni­ska domowego. 

Choć oso­by, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łam nie dzie­li­ły się trau­ma­tycz­ny­mi prze­ży­cia­mi, opie­kun­ki świe­tli­cy wie­dzia­ły wie­le o życiu w trak­cie trans­for­ma­cji. W dziel­ni­cy Wał­brzy­cha, w któ­rej upa­dła kopal­nia i gdzie znaj­do­wa­ła się świe­tli­ca, nie­mal wszy­scy pod­opiecz­ni doświad­cza­li jakichś form prze­mo­cy i ostra­cy­zmu w pla­ców­kach szkol­nych. Nawet jeśli nie docho­dzi­ło do prze­mo­cy fizycz­nej, to dzie­ci były nazna­czo­ne. Wyjąt­ko­wo zapa­dła mi w pamięć histo­ria dziew­czyn­ki, któ­rej mama w poczu­ciu bez­rad­no­ści zgo­li­ła wło­sy, bo dziec­ko mia­ło wszy. Skut­ko­wa­ło to trau­mą dziew­czyn­ki na całe życie – była wyty­ka­na pal­ca­mi i skar­ży­ła się na to swo­im opie­kun­kom. Poczy­taj sobie też komen­ta­rze na Youtube’ie pod pio­sen­ką Trze­cie­go Wymia­ru „A teraz śpij”. To skarb­ni­ca wspo­mnieć tych, któ­rzy byli dzieć­mi w trans­for­ma­cji. Wciąż jest w nich wie­le nie­za­le­czo­nych traum i żalu. 

Bie­da­szy­by, któ­re powsta­ły po zamknię­ciu kopalń, były miej­sca­mi pozba­wio­ny­mi kobiet, ale to nie ozna­cza, że nie mia­ły one wpły­wu na ich sytu­ację. W domu codzien­nie prze­ży­wa­ły ogrom­ny stres i dzie­się­cio­go­dzin­ne ocze­ki­wa­nia w stra­chu. Tych kobiet nikt przede mną o to nie pytał, więc mia­ły ogrom­ną potrze­bę opo­wie­dze­nia o swo­ich trau­mach. Roz­mo­wy były dla nich w jakimś stop­niu tera­peu­tycz­ne. Cza­sem pła­ka­łam razem z moimi współ­ro­zmów­czy­nia­mi, a empa­tia bar­dzo pomo­gła w mojej pra­cy i cie­szę się, że mogłam słu­żyć ramie­niem nie­wy­słu­cha­nym dotąd kobietom.

„Same swoje”

A.O: Czy dostrze­głaś jakieś nie­oczy­wi­ste prze­strze­nie życia kobiet, na któ­re wpły­nę­ła transformacja?

K.D.: Bar­dzo moc­no polu­zo­wa­ły się wię­zi spo­łecz­ne. W Pol­sce nigdy nie korzy­sta­ło się z pomo­cy sąsiedz­kiej „nad­mier­nie”, ale w wypo­wie­dziach moich roz­mów­czyń nie­jed­no­krot­nie prze­wi­ja­ły się wąt­ki samo­po­mo­cy. Na przy­kład, sąsiad­ka cza­sem opie­ko­wa­ła się dziec­kiem, ode­bra­ła je ze żłob­ka, pomo­gła w kuch­ni. Ero­zja życia sąsiedz­kie­go w wyni­ku trans­for­ma­cji jest nie­zwy­kle wyraź­na. Marzy mi się napi­sa­nie książ­ki o tym, jak wyglą­da­ło wte­dy życie „w oko­li­cy”. Roz­pad rela­cji sąsiedz­kich rów­nież w dużym stop­niu dopro­wa­dził do dal­sze­go zamy­ka­nia kobiet w domu. Jed­no­cze­śnie, wyda­je mi się, że życia wśród „samych swo­ich” bra­ku­je dziś nie tyl­ko kobietom. 

A.O.: Wyglą­da na to, że boga­te życie sąsiedz­kie w jakimś stop­niu mogło spra­wić, że kobie­ty czu­ły się bez­piecz­niej w prze­strze­ni pry­wat­nej, do któ­rej z resz­tą są spy­cha­ne siłą.

K.D.: Tak, ale nie ide­ali­zo­wa­ła­bym przy tym PRL-owskiej reak­cji spo­łecz­nej na prze­moc domo­wą – ona nigdy w Pol­sce nie była na wyso­kim pozio­mie. Mając w sąsiad­ce powier­nicz­kę, kobie­ta w Pol­sce Ludo­wej mia­ła przy­naj­mniej moż­li­wość nawią­za­nia roz­mo­wy, wypła­ka­nia się, wyża­le­nia. W latach 90. stop­nio­wo zaczy­na zani­kać nawet to: moż­li­wość roz­mo­wy, z kimś, kto „ma tak samo jak ty”.

Mam taki obraz mojej bab­ci: sie­dzi na dwo­rze z sąsiad­ką przy kawie, albo wcho­dzę do jej miesz­ka­nia, a bab­cia już roz­ma­wia z sąsiad­ką na kana­pie. Sąsiad­ka zawsze była w pobli­żu. Te cza­sy chy­ba już odcho­dzą bez­pow­rot­nie. Bar­dzo chcia­ła­bym się tym prze­mia­nom przyjrzeć.

A.O.: Czy poza bliż­szy­mi rela­cja­mi sąsiedz­ki­mi, zauwa­ży­łaś u kobiet chęć zabez­pie­cze­nia się przed prze­mo­cą w spo­sób bar­dziej zor­ga­ni­zo­wa­ny, czy też po upad­ku PRL nie mia­ły moż­li­wo­ści wydo­sta­nia się z krę­gów bie­dy o wła­snych siłach?

K.D.: Wyda­je mi się, że wśród spo­łecz­no­ści, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łam, domi­no­wa­ła posta­wa poczu­cia nie­spra­wie­dli­wo­ści i bra­ku kom­pe­ten­cji do tego, żeby cokol­wiek zro­bić ze swo­im poło­że­niem. Kobie­tom bra­ko­wa­ło wte­dy narzę­dzi: nie wie­dzia­ły co zro­bić, jeśli wyzy­wa Cię Two­ja prze­ło­żo­na; co, jeśli jesteś poni­ża­na przez klien­ta; jak się zacho­wać, gdy widzisz nad­uży­cia sze­fo­stwa. Zatrzy­my­wa­ły się na eta­pie wewnętrz­ne­go bun­tu i, nie mając wie­dzy wie­dzy na temat swo­ich praw, pozo­sta­wa­ły jedy­nie z poczu­ciem głę­bo­kiej krzywdy. 

Taka posta­wa była bar­dzo powszech­na wśród pań sprzą­ta­ją­cych, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łam. Pomi­mo sil­nych emo­cji bez­rad­ność zwy­cię­ża­ła: mia­ły poczu­cie, że nawet jeśli zwró­cą się ze skar­gą do wyż­szej instan­cji to obró­ci się prze­ciw­ko nim i stra­cą pra­cę. Do tej pory są prze­ko­na­ne, że nikt się za nimi nie wsta­wi, nawet jeśli spró­bu­ją zawal­czyć o swoje.

Nadeszła pora zmian w mediach

A.O.: Czy uzwiąz­ko­wie­nie kobiet sprzą­ta­ją­cych wyda­je Ci się jakimś roz­wią­za­niem tej aporii?

K.D.: Każ­da pró­ba uwspól­nie­nia swo­ich doświad­czeń i sfor­mu­ło­wa­nia postu­la­tów, któ­re doty­czą poszcze­gól­nych osób jest dobra. Kibi­cu­ję takim związ­kom jak Komi­sja Śro­do­wi­sko­wa Pra­cow­nic i Pra­cow­ni­ków Domo­wych Ini­cja­ty­wy Pra­cow­ni­czej. Nie­ste­ty w związ­ku ze spe­cy­fi­ką tej pra­cy, któ­ra zamy­ka sprzą­tacz­ki z dala od świa­ta, takie związ­ki dzia­ła­ją na bar­dzo małą ska­lę. Bar­dzo cie­szy mnie jed­nak, że coś w tym tema­cie zaczy­na się dziać.

Wyzysk w tej bran­ży jest ogrom­ny. Komi­sja dzia­ła głów­nie w War­sza­wie i oko­li­cach, a jed­nak im dalej od sto­li­cy, tym te warun­ki sta­ją się cięższe.

A.O.: A kie­dy patrzysz na sytu­ację kobiet z dystan­su, co wyda­je Ci się naj­sku­tecz­niej­szym mecha­ni­zmem zwal­cza­nia prze­mo­cy wobec kobiet w pra­cy? Jak naj­le­piej moż­na wpły­nąć na prze­moc, któ­rej doświad­cza­ją kobiety?

K.D.: Przede wszyst­kim sta­wia­ła­bym na kam­pa­nie spo­łecz­ne doty­czą­ce praw pra­cow­ni­czych skie­ro­wa­ne spe­cy­ficz­nie do kobiet, któ­re wyja­śnia­ły­by w kla­row­ny spo­sób, do jakich insty­tu­cji powin­ny się zgła­szać.  Edu­ka­cja w tym zakre­sie była­by bar­dzo dobrym pierw­szym kro­kiem. War­to też zadzia­łać od psy­cho­lo­gicz­nej stro­ny: wzmac­niać w kobie­tach świa­do­mość, że ist­nie­ją pra­wa, któ­rych pra­co­daw­cy nie mogą łamać, a dane insty­tu­cje mogą je egze­kwo­wać. Pra­wa pra­cow­ni­cze muszą stać się jed­nym z głów­nych pro­ble­mów publicz­nych w Pol­sce, a ich łama­nie nie może koń­czyć się “pra­niem bru­dów w czte­rech ścianach”. 

Tak samo gło­śne spra­wy prze­mo­cy domo­wej, jak ta doty­czą­ca Skrzyp­czyń­skie­go, powin­ny być nagła­śnia­ne przez media i wyko­rzy­sty­wa­ne do tego, by pro­mo­wać ini­cja­ty­wy anty­prze­mo­co­we. Pod każ­dym takim arty­ku­łem powi­nien być umiesz­czo­ny dopi­sek: „Doświad­czy­łaś cze­goś podob­ne­go? Zadzwoń do Cen­trum Praw Kobiet” albo „Możesz uzy­skać pomoc w Fun­da­cji Femi­no­te­ka” lub „Nie jesteś sama. Orga­ni­za­cje takie jak Nie­bie­ska Linia cze­ka­ją na twój tele­fon”. Poza pięt­no­wa­niem i wska­zy­wa­niem prze­mo­cy pal­cem trze­ba też prze­kie­ro­wy­wać i odda­wać kobie­tom spraw­czość nad sytu­acją, by mogły ją zgła­szać w odpo­wied­nie miejsca.

W przy­pad­ku donie­sień pra­so­wych o samo­bój­stwach czę­sto poja­wia­ją się takie adno­ta­cje. Wyda­je mi się, że nade­szła pora, by tę samą prak­ty­kę prze­jąć w kwe­stii prze­mo­cy domo­wej i praw pra­cow­ni­czych. Gdy­by takie infor­ma­cje w mediach poja­wia­ły się sys­te­ma­tycz­nie i regu­lar­nie, to czymś powsze­dnim sta­ło­by się zgła­sza­nie pato­lo­gicz­nych sytu­acji odpo­wied­nim insty­tu­cjom. W każ­dym z wymie­nio­nych prze­ze mnie przy­pad­ków ogrom­ną wagę ma nor­ma­li­za­cja zgła­sza­nia się po pomoc. Czło­wiek nie jest stwo­rzo­ny do tego, by zawsze dzia­łać w pojedynkę.

A.O.: A czy sama, jako kobie­ta, byłaś kie­dyś w sytu­acji, w któ­rej nie zosta­łaś potrak­to­wa­na fair? Czy Two­ja płeć mia­ła wpływ na to jak obec­nie wyglą­da Two­ja pra­ca i kariera?

K.D.: W swo­jej karie­rze mia­łam oka­zję przyj­rzeć się dzia­ła­niu kil­ku insty­tu­cji od środ­ka. Jak do tej pory naj­bar­dziej postę­po­wa pod kątem rów­no­ści płci oka­za­ła się dla mnie Par­tia Razem, któ­ra wpro­wa­dzi­ła pary­te­ty. Choć oczy­wi­ście ma swo­je wady, par­tia ta wyda­je mi się być nową jako­ścią, jeśli cho­dzi o anga­żo­wa­nie kobiet w poli­ty­kę. SLD, choć wie­le dekla­ru­je, wciąż musi doko­nać wie­lu zmian w swo­ich sze­re­gach, by stać się par­tią bar­dziej otwar­tą na kobiety.

A.O.: Liczę na to, że coraz wię­cej kobiet będzie dołą­cza­ło i pra­co­wa­ło dla związ­ków zawo­do­wych, by zabu­rzyć tę rela­cję wła­dzy. Kie­dy obser­wu­ję moje młod­sze zna­jo­me, żywię wiel­ką nadzie­ję, że zmia­ny nadej­dą już nie­dłu­go. Bar­dzo dzię­ku­ję Ci za tę szcze­rą roz­mo­wą i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam na Two­ją książ­kę o życiu sąsiedzkim!

K.D.: To chy­ba zno­wu cze­ka mnie wyciecz­ka po Polsce!