Wywiad z Alicją Serafin, założycielką fundacji Femicide in Poland, prawniczką, kryminolożką, latynoamerykanistką i tłumaczką przysięgłą języka hiszpańskiego. Rozmowę przeprowadziła Palina Apanovich, członkini Stowarzyszenia Bez.
Palina Apanovich: Chciałabym zacząć od pytania prywatno-ogólnego, żeby przedstawić Pani sylwetkę naszym czytelniczkom: kim Pani jest, czym się Pani zajmuje, i co też sprawiło, że dokładnie tym się pani zajmuje?
Alicja Serafin: Z wykształcenia jestem prawniczką i kryminolożką, latynoamerykanistką i tłumaczką. Zajmuję się problematyką kobietobójstw od 2016 roku, bo wtedy zaczynałam pisać pracę magisterską na Uniwersytecie Warszawskim o kobietobójstwie w Ciudad Juárez w Meksyku. Zainteresował mnie wtedy ten temat, bo byłam jednocześnie studentką filologii hiszpańskiej i specjalizowałam się właśnie w regionie Ameryki Łacińskiej, a ponadto uczęszczałam na seminarium kryminologiczne na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego pod opieką profesor Moniki Płatek. W pracy magisterskiej, poświęconej kobietobójstwom, udało mi się również ustalić, że Meksyk wcale nie był pierwszym państwem, które wprowadziło termin „kobietobójstwo” – wcześniej zrobiła to Kostaryka. Meksyk wprowadził jednak najszersze przepisy, działające na poziomie federalnym i we wszystkich stanach, w tym w stanie Chihuahua i słynnym Ciudad Juárez. Obecnie parlament meksykański pracuje nad regulacją ujednolicającą wszystkie przepisy stanowe w tym zakresie. Co istotne, pomimo nagłośnienia sytuacji w Meksyku, statystycznie najwięcej kobietobójstw wcale nie dzieje się tam, lecz w Ameryce Środkowej, a biorąc pod uwagę wartości bezwzględne – w Brazylii, co wynika z pewnością z wielkości populacji tego kraju.
Pod koniec pracy magisterskiej zaczęłam zastanawiać się, czy o kobietobójstwie możemy mówić na gruncie europejskim. W 2016 roku badałam głównie Hiszpanię i Portugalię, gdzie przepływ informacji prawnej z Ameryką Łacińską jest największy. W Hiszpanii pojawiały się już pierwsze publikacje kryminologiczne na ten temat, ale w innym, bardziej ograniczonym kontekście. W Ameryce Łacińskiej kobietobójstwa często wiążą się z przestępczością zorganizowaną, handlem ludźmi czy prostytucją. Na gruncie europejskim mówimy głównie o kobietobójstwach partnerskich (intimate partner femicides) lub rodzinnych (family related femicides).
To ważny drogowskaz w debacie o tym, czy i jak regulować to zjawisko w Europie. Często słyszy się głosy, że u nas skala jest inna niż w Ameryce Łacińskiej. Oczywiście nie mówimy o realiach meksykańskich gangów, ale mechanizmy przemocy domowej są u nas takie same. Praktyki dotyczące powoływania specjalnych instytucji zajmujących się gromadzeniem danych i prewencją przemocy wobec kobiet możemy z powodzeniem implementować.
W budowaniu świadomości na temat specyfiki przemocy wobec kobiet oraz kobietobójstw meksykańskich w Polsce pomoże zapewne dokument „La Fiscal” (Prokuratorka) w reżyserii Pauli Mónaco Felipe i Miguela Tovara. Opowiada on o pracy meksykańskiej prokuratury badającej przypadki kobietobójstw.
Moje zainteresowanie narodziło się właśnie z naukowej analizy Ameryki Łacińskiej i chęci połączenia jej z kryminologią. Początkowo doktorat miał dotyczyć ogólnie przemocy ze względu na płeć, ale widząc, jak pojęcie kobietobójstwa wkracza do europejskiej kryminologii i przepisów, uznałam, że trzeba pisać bezpośrednio o Europie. To przestępstwo będzie typizowane w najbliższych latach – wiele państw już się na to zdecydowało, inne się zastanawiają. Kryminolodzy i kryminolożki mają tu ogromną rolę w popularyzowaniu wiedzy o tym, czym jest kobietobójstwo i jak mu przeciwdziałać na gruncie europejskim.
A na gruncie latynoamerykańskim? Czy w tym kontekście istnieje zgoda co do rozumienia tego pojęcia?
W Meksyku w 2012 roku wprowadzono przestępstwo kobietobójstwa do kodeksu karnego. Proces ten był unikalny, ponieważ prawo przejęło termin wypracowany wcześniej w języku i kryminologii przez aktywistki i badaczki. Zainteresowało mnie to i zaczęłam badać, czy w przepisach innych państw Ameryki Łacińskiej też takie pojęcie funkcjonuje. Gdy przejrzałam wszystkie przepisy i przygotowałam komparatystykę latynoamerykańską, okazało się, że niektóre państwa stosują termin „feminicidio”, a inne „femicidio”.
Tutaj powstaje pierwsze pytanie: czemu? Odkryłam, że wszystko zaczęło się od historii pewnego tłumaczenia z języka angielskiego na język hiszpański. Termin „femicide” wprowadziła Diana Russell w latach siedemdziesiątych na określenie zabójstw kobiet ze względu na płeć w swojej publikacji „Kobietobójstwo. Polityka zabijania kobiet”. Później, w 1994 roku, Marcela Lagarde, Meksykanka, tłumaczyła dzieło Russell na język hiszpański i zauważyła, że w kontekście Meksyku można mówić o dużej dozie bezkarności. Chciała więc to pojęcie rozszerzyć o instytucjonalną bezkarność, brak reakcji państwa oraz brak zapewnienia odpowiednich mechanizmów ochrony pokrzywdzonych. Dlatego wprowadziła pojęcie „feminicide”
Powstał przez to pewien spór naukowy, ponieważ Russell zarzuciła jej duplikowanie tego samego zjawiska i rozmywanie jego znaczenia. Przecież mogą być też takie przypadki w Meksyku, które są osądzone, a sprawca jest pociągnięty do odpowiedzialności – czy to wtedy będzie „femicide”, czy „feminicide”?
Przez to pojawiła się po prostu podwójna terminologia. Część państw Ameryki Łacińskiej zaczęła stosować pojęcie za Russell, czyli „femicide”, a część „feminicide” (od „feminicidio”), zgodnie z regulacją meksykańską, która weszła w życie w 2012 roku za sprawą Marceli Lagarde. Pojawił się dysonans, przez który de facto te same przepisy dotyczące tego samego zjawiska mają inną nazwę. ONZ, przygotowując ramy statystyczne czy wytyczne dla państw, bardzo często stosuje zapis podwójny: „femicide/feminicide”, żeby uwzględnić ten sam czyn i jego regionalną specyfikę.
Czy w języku polskim, w polskim prawodawstwie kobietobójstwo jest w jakiś sposób zdefiniowane? Czy to pojęcie jest używane powszechnie?
W Polsce nie mamy bezpośredniej definicji legalnej kobietobójstwa. Bazujemy cały czas na definicjach międzynarodowych, w tym tej wypracowanej między innymi przez ONZ. Jedną z pierwszych była definicja zawarta w Deklaracji Wiedeńskiej z 2013 roku, ale moim zdaniem jest ona zbyt szeroka na potrzeby zjawisk mających miejsce na gruncie europejskim. Uwzględnia ona wszystkie rodzaje zbrodni, stanowiąc bardzo ogólne spektrum.
W mojej ocenie (piszę też o tym szerzej na stronie www.femicideinpoland.pl) możemy wyróżnić kobietobójstwo sensu largo, czyli w szerszym znaczeniu, jako obecne w różnych kulturach zjawisko kryminalne oraz kobietobójstwo sensu stricto, czyli w wąskim znaczeniu, które jest uregulowane w ustawach karnych niektórych państw europejskich jako osobny, inny niż zwykłe zabójstwo, czyn zabroniony. W tym szerszym znaczeniu przytaczane są różnego rodzaju zbrodnie: kobietobójstwa wojenne i w trakcie konfliktów zbrojnych (war femicides, femicides in armed conflicts), kobietobójstwa posagowe (dowry-related femicides), kobietobójstwa honorowe (honour-based killings), okaleczanie żeńskich narządów płciowych i wynikająca z tego śmierć (female genital mutilation deaths), a nawet kobietobójstwa historyczne (historic femicides), jak palenie na stosie kobiet oskarżanych o czary.
Kobietobójstwo w wąskim znaczeniu (sensu stricto) gotowe jako model do przyjęcia w przepisach przez państwa można odnaleźć w wytycznych (guidelines) ONZ z 2021 roku. Są one adresowane do państw, które nie mają definicji legalnej kobietobójstwa, aby wiedziały, jak zbierać dane, czym charakteryzuje się ta zbrodnia oraz w jaki sposób różni się od zwykłego zabójstwa. Te wytyczne są bardzo konkretne, skierowane do decydentów, prokuratury, policji i sędziów. Definiują one kobietobójstwo jako zabójstwo kobiety z rąk mężczyzny ze względu na płeć.
W tych wytycznych przyjmuje się, że, aby zakwalifikować prawnie dany czyn jako kobietobójstwo, należy sprawdzić czy istnieją przesłanki ze względu na płeć (gender-based reasons). Zgodnie z klasyfikacją proponowaną dla państw europejskich, kobietobójstwem nie będzie na przykład zabójstwo na tle rabunkowym. Mimo, że ofiarą jest kobieta, nie wchodzi tu w grę motywacja mizoginiczna ani przesłanki ze względu na płeć, więc ONZ wyłącza takie przypadki z tego zakresu. Podobnie jest z zabójstwami eutanatycznymi, dokonywanymi pod wpływem współczucia wobec partnerki w stanie agonalnym. Zgodnie z wytycznymi ONZ nie uznajemy ich za kobietobójstwo, ponieważ brakuje w nich motywacji mizoginicznej. Jak Pani widzi, to pojęcie ulega tutaj wyraźnemu zawężeniu. Ważne jest aby mieć świadomość, że nie każde zabójstwo kobiety to zgodnie z linią przyjętą przez ONZ kobietobójstwo. Sama płeć pokrzywdzonej o tym nie przesądza. Konieczna jest również analiza całości okoliczności czynu.
Odchodząc od definicji: jak kobietobójstwa są opisywane w mediach? Jak ta narracja wpływa na społeczne postrzeganie problemu?
8 marca, w Międzynarodowe Dzień Kobiet, na stronie Fundacji został opublikowany raport „Kobietobójstwo w polskiej prasie i mediach 2016-2026”. Wyróżniłam w nim sześć szkodliwych narracji, jakie możemy spotkać w polskich mediach. Są one szkodliwe na różne sposoby: stygmatyzują sprawcę, na przykład ze względu na pochodzenie, stereotypizują pokrzywdzoną oraz normalizują, trywializują lub romantyzują przemoc.
Najczęstszą narracją w polskich mediach była makabryzacja. Przez długi czas zastanawiałam się, czy przytaczać konkretne nagłówki, ponieważ w pewnym sensie przekazuje to tę narrację dalej, zwiększając jej zasięg. Z drugiej strony, bez wyraźnego przykładu odbiorcy nie wiedzieliby, o co chodzi. Spotykamy na przykład opisy: „klatka cała we krwi” lub sformułowania typu „zarżnął”, „rąbał”. Używanie czasowników odnoszących się do zwierząt oraz szczegółowe opisywanie narzędzi zbrodni to skupienie się na makabrze, co występuje głównie w prasie tabloidowej.
W ramach makabryzacji najbardziej szkodliwa moim zdaniem jest animalizacja, czyli pozbawianie kobiety cech ludzkich i traktowanie jej jako zwierzęcia lub obiektu pozbawionego cech ludzkich. Z drugiej strony sprawcę przedstawia się jako drapieżnika, który „upolował” ofiarę. Tego typu terminologia, zaczerpnięta wprost z łowiectwa, sprawia, że umyka nam fakt, iż mówimy o dwojgu ludzi, którzy mają wolną wolę. Szczegółowe opisywanie scenerii miejsca zbrodni czy sensacyjne tytuły rządzą się swoimi prawami w powieściach kryminalnych czy dokumentach true crime. Choć pewnie warto, żeby pisarze i twórcy true crime też czasem zwrócili uwagę na przesłanie, jakie ich utwory i dzieła niosą społeczeństwu. W mediach informacyjnych taka terminologia jest absolutnie niedopuszczalna. Standardy UNESCO wskazują, że czasem mała ilość informacji bywa lepszą informacją i ma większy wymiar edukacyjny niż tani sensacjonalizm czy epatowanie makabrą.
Kolejną narracją jest trywializacja, czyli bagatelizowanie problemu poprzez przytaczanie błahych okoliczności życia codziennego, na przykład: „zabił ją i poszedł zjeść obiad” lub „i poszedł do toalety”, „Najpierw wyrzucił meble przez okno, a później żonę”. Trywializacja to więc proces czynienia zdarzenia, w tym przypadku przemocy ze skutkiem śmiertelnym, banalnym lub pozbawionym znaczenia.
Trzecim rodzajem jest romantyzacja. O ile makabryzacja i trywializacja dominują w tabloidach, o tyle romantyzacja „weszła na salony” w mediach ogólnopolskich. Dziennikarze i reporterzy używają sformułowań o „nieszczęśliwej” lub „toksycznej miłości”, pisząc: „on ją tak kochał!”. Tutaj kłaniają się studia nad psychologią społeczną i tego, czym jest miłość, a czym przemoc, opresyjna kontrola i reifikacja drugiego człowieka. W relacjach przemocowych miłość się kończy, a pojawia się pragnienie skrzywdzenia partnera lub partnerki i traktowanie jej/jego jako własności. Ktoś mógłby zapytać: czemu pisanie o przemocy w sposób romantyzujący ją jest szkodliwe? Przecież literatura i kultura dostarczają mnóstwa takich przykładów. Romantyzowanie relacjonowania prawdziwego zabójstwa sprawia, że umyka nam sam problem przemocy i krzywdy wyrządzonej ofierze i jej bliskim. Nie skupiamy się na zdarzeniu i jego kontekście społecznym, a koncentrujemy uwagę na „słodkim opakowaniu” w jakim je przedstawiono. To odbiera powagę przestępstwa i powoduje, że przemoc wobec kobiet nie jest traktowana przez organy ścigania poważnie, bo przedstawiciele organów i instytucji też chłoną te wszystkie narracje. Przedstawianie zbrodni jako fabuły filmowej czy dramatyczne sprawia, że przestajemy widzieć w niej czyn, prawdziwą zbrodnię, krzywdę i utratę drugiego człowieka. Przestajemy zadawać właściwe pytania o to czy i jak można było temu zapobiec.
ONZ i UNESCO, a także inicjatywy takie jak „Dziennikarze Przeciw Przemocy Wobec Kobiet”, wskazują, jak prawidłowo relacjonować o takich sprawach bez stereotypów. Należy podawać numery pomocowe i osadzać zdarzenie w kontekście szerszego zjawiska przemocy wobec kobiet, podawać dane dotyczące liczby podobnych przypadków, a nie przedstawiać je jako nagły, odizolowany incydent czy atak szaleńca. W wielu państwach europejskich istnieją organy monitorujące media pod kątem propagowania seksistowskiej mowy nienawiści lub rozpowszechniania stereotypów płciowych. W Hiszpanii od 1994 roku na poziomie centralnym istnieje Obserwatorium ds. Wizerunku Kobiet w Mediach, a na poziomach wspólnot autonomicznych treści takie zgłaszają instytuty ds. przemocy wobec kobiet. We Francji istnieje ARCOM. Każda seksistowska lub mizoginiczna treść jest weryfikowana przez państwowego regulatora i zdejmowana. Do tępienia praktyk dziennikarskich stereotypizujących przemoc domową i przemoc wobec kobiet zobowiązuje nas również art. 17 Konwencji stambulskiej. Państwa powinny wspierać media oraz sektor prywatny w opracowywaniu i wdrażaniu wytycznych służących zapobieganiu przemocy wobec kobiet oraz wzmacnianiu szacunku dla godności człowieka, a jako państwo związane Konwencją Rady Europy i dyrektywami antyprzemocowymi Unii Europejskiej powinniśmy dążyć do realizacji tych profesjonalnych standardów.
Ostatnie trzy narracje to humoryzacja, sensacjonalizm oraz stygmatyzacja i stereotypizacja. Stygmatyzacja to te klasyczne już „Bestia zabiła piękną blondynkę” czy „Czarnoskóry zabił Polkę”. Stygmatyzuje się sprawcę jako „bestię”, sugerując, że zabija tylko ktoś „inny”, kto sprawia wrażenie agresywnego czy niepoczytalnego, a nie przeciętny mężczyzna, „jeden z nas”. Jednocześnie stereotypizuje się pokrzywdzoną, wybierając do mediów tylko te przypadki zabójstw kobiet, które są atrakcyjne wizualnie i „sprzedażowe”. Śmierć starszej kobiety, osoby w kryzysie bezdomności czy osoby z mniejszości religijnej lub etnicznej często nie trafia do prasy, co wpływa na nasze postrzeganie skali tej przestępczości. Dodatkowo takie nagłówki czytają osoby bliskie ofiary, i tu wchodzi w grę naruszenie ich dóbr osobistych i wizerunek pośmiertny osoby zmarłej. Rodzina niekoniecznie i nie zawsze chciałaby widzieć swoją najbliższą osobę w mediach przedstawioną w tani, sensacjonalny lub romantyczny sposób.
Wobec tego, że Polska staje się państwem migranckim i coraz bardziej wielokulturowym, pojawia się także stygmatyzacja narodowościowa, na przykład nagłówki: „Ukrainiec zabił Polkę” albo „Kolumbijczyk zabija/zabił swoją piękną narzeczoną”. Reporterzy twierdzą, że to tylko fakty, że rzeczywiście miał taką narodowość i ich zdaniem była to ciekawa czy ważna informacja. I to z pozoru może być niewinne, ale akcentowanie czyjejś inności, narodowości już w samym krzyczącym nagłówku zaraz przy przestępstwie w odbiorze społecznym może powodować niebezpieczne projekcje. Takie informacje są wykorzystywane do reprodukowania nienawiści wobec grup religijnych lub mniejszości narodowych czy etnicznych pod hasłem „oni zabijają nasze kobiety”. W rzeczywistości przypadki, gdy cudzoziemiec zabija Polkę, są w skali kraju jednostkowe. W kontekście kobietobójstwa i przemocy wobec kobiet najczęściej sprawcy zabijają partnerki tej samej narodowości. Wybijanie narodowości, rasy, religii czy innej cechy w nagłówku odnoszącym się do zbrodni stygmatyzuje całe grupy społeczne. Standardy dziennikarskie ONZ zalecają tu większą odpowiedzialność społeczną mediów i unikanie takich zabiegów.
W taki sposób odciągamy też uwagę od tragedii tej kobiety. Jak piszą o tym na przykład przedstawiciele radykalnej prawicy, to ich nie interesuje to, co faktycznie się wydarzyło; że kobieta została zabita.
Tak, to jest wykorzystywane do uprawiania polityki i szeroko rozumianego populizmu. Najczęściej przedstawia się wtedy narracje, że trzeba przywrócić karę śmierci lub ukarać sprawcę surowo. Te narracje pojawiają się po to, aby wykorzystać śmierć kobiety w sposób polityczny. Łączy je to, że próbują z zabójstwa lub przemocy na tle płciowym zrobić spektakl – sprzedać to i przekazać w sposób przejaskrawiony, wyolbrzymiony i często niezgodny ze stanem faktycznym.
Druga sprawa, którą poruszam w raporcie „Kobietobójstwo w polskiej prasie i mediach”, to kwestia pracy z materiałem drastycznym lub wrażliwym. Spotkałam się w Polsce z badaniami dotyczącymi nie samych kobietobójstw, ale zwykłych zabójstw kobiet, w których na podstawie analizy akt przedstawiano numerycznie karty opisujące przebieg zbrodni z pełnymi jej szczegółami. Wprowadzały one narrację fabularyzowania, na przykład: „i nagle zapadł mrok” albo „partner wtedy zdjął z niej tę część ubrania”. Badacz, kryminolog czy wiktymolog powinien się zastanowić, co daje dokładne opisywanie sprawy przemocy wobec kobiet w tak sfabularyzowany sposób. Bo jeśli chcemy takie fragmenty wprowadzać, to muszą one czemuś służyć.
Jeśli Remigiusz Mróz lub Katarzyna Bonda piszą tak w swoich powieściach kryminalnych – mają do tego wolność artystyczną. Jednak badacz musi liczyć się z tym, że obowiązuje go język naukowy oraz konieczność uwzględnienia perspektywy osoby pokrzywdzonej, nawet jeśli ona już nie żyje. W Polsce wciąż rzadko mówi się o potrzebie wprowadzenia perspektywy, którą daje wiktymologia feministyczna. Jest to przyjęcie punktu widzenia pokrzywdzonej przy relacjonowaniu lub badaniu sprawy przemocy wobec kobiet. Należy zadać sobie pytanie, czy opisanie zbrodni w określony sposób nie będzie profanacją, ubliżeniem godności pośmiertnej lub naruszeniem pamięci. Fabularyzowanie na gruncie badań naukowych w XXI wieku nie ma racji bytu. Wiktymologia mówi o tym, że trzeba zmienić perspektywę z sensacyjnej na taką, która ma sprzyjać pokrzywdzonym i unikać ich uprzedmiotowienia.
Ktoś mógłby zapytać: „Zajmuje się pani kobietobójstwem, nie ucieknie pani od makabry. Czasami trzeba przytoczyć szczegóły, pokazać publicznie wizerunek sprawcy lub pokazać twarz pokrzywdzonej”. Owszem, są kampanie, gdzie jest to uzasadnione. W raporcie wymieniam kampanię Interpolu „Identify Me”. Pokazanie twarzy pokrzywdzonej lub jej rekonstrukcji nie ma tam wzbudzać makabry ani straszyć odbiorcy, lecz zakłada konkretny cel: przywrócenie tej osobie tożsamości i identyfikację, kim była.
Kluczowe jest pytanie o cel relacjonowania. Czy chcemy uczyć, stawiać na prewencję i przeciwdziałać, czy tylko rozprowadzać tanią sensację?
Oprócz tego istnieją też media społecznościowe, gdzie chociażby na Instagramie powstaje multum filmików, z jednej strony humorystycznych…
Takie „deepfake’i” na przykład.
Tak, to po pierwsze, a po drugie też filmiki o tym, jak bardzo kobieta lubi być podduszana, albo posty o tym, że to jest właśnie prawdziwa różnorodność w życiu seksualnym. Natomiast z drugiej strony mamy przykłady osób, które próbują temu przeciwdziałać, ponieważ jest to po prostu zagrożenie dla życia kobiet. Czy widzimy w statystykach jakieś odbicie niebezpiecznych dla kobiet praktyk seksualnych?
W przypadku polskich spraw kobietobójstw partnerskich (intimate-partner femicides) głównie występowały mechanizmy opresyjnej kontroli (coercive control). Przemoc fizyczna oczywiście była obecna, ale podduszania czy innych podobnych praktyk nie odnotowałam. Co innego dzieje się w przypadku kobietobójstw na tle seksualnym (sexual femicides). W Polskiej Mapie Kobietobójstw były przypadki gdy pracownice seksualne lub pokrzywdzone przestępstwem handlu ludźmi ponosiły śmierć w wyniku uduszenia. Jeśli pyta Pani o związki pornografii z późniejszą przemocą ze skutkiem śmiertelnym to kluczowe jest tu zjawisko pornografizacji przemocy opisane przez Andreę Dworkin.
Jako ilustrację polecam zgłębić sprawę Lindy Lovelace, która właściwie nazywała się Linda Boreman. Ona łączy to, czym jest przemoc domowa, z tym, czym jest pornografia. Pokazuje, że kobiety, o których wydawałoby się, że dają zgodę i godzą się na udział w przemyśle pornograficznym, tak naprawdę doświadczają przemocy. To była sprawa z lat 80. w Stanach Zjednoczonych. Partner Lindy Boreman wprowadził ją w przemysł, a ona godziła się na to ze strachu przed nim. Dopiero po latach wydała książkę i świadectwo Ordeal, gdzie mówiła, że była tak straumatyzowana jako ofiara przemocy męża, że nie potrafiła mu powiedzieć „nie”. Dochodziło tam do różnych aktów ekstremalnej przemocy z użyciem materiałów pornograficznych, a nawet zwierząt. Pokazuje to, że sytuacja pokrzywdzonych zawsze musi być badana z użyciem perspektywy wiktymologii feministycznej. Oczywiście pojawiało się dużo głosów kwestionujących jej wiarygodność, co jest charakterystyczne dla kultury gwałtu. Tutaj mamy przykład, gdzie ona po prostu się go bała, on stosował przemoc fizyczną, a przy tym stręczył i wykorzystywał ją jako źródło dochodów – to przemoc ekonomiczna i traktowanie kobiety jako obiektu, który można „sprzedawać” w porno. Myślę, że to dobrze łączy to, o czym rozmawiamy: przemoc domową, przemoc wobec kobiet i ciężar psychiczny oraz traumę, z jakimi wiąże się złożenie takiego świadectwa. Historia Lindy nie była odosobniona, przemoc seksualna wobec kobiet w Stanach Zjednoczonych była przez lata tabuizowana i normalizowana. Pokazują to również historie wielu kobiet ze świata kultury i filmu jak Marilyn Monroe, Jane Fonda czy ostatnia afera wokół akt Jeffreya Epsteina.
Przemocy seksualnej doświadczają również współcześnie zwykłe obywatelki niebędące osobami publicznymi. Proszę spojrzeć na sprawę dziś 73-letniej już obywatelki Francji – Gisèle Pelicot.
Przez około dziewięć lat, od lipca 2011 r. do października 2020 r. jej mąż, Dominique Pelicot, podawał jej środki nasenne i uspokajające, a następnie gwałcił ją oraz umożliwiał gwałty dziesiątkom innych mężczyzn, których rekrutował przez internet. Sama Gisèle Pelicot nie wiedziała o przemocy w czasie jej trwania. O sprawie dowiedziała się dopiero w 2020 roku, gdy policja wszczęła dochodzenie po zatrzymaniu jej męża za inne przestępstwo. W toku śledztwa odnaleziono tysiące zdjęć i nagrań dokumentujących gwałty. Zwyczajni mężczyźni dopuścili się zgwałcenia wobec 59-letniej kobiety, pewni, że nikt ich nie odkryje i nie ukarze. Stało się tak, ponieważ mąż Gisèle umożliwił im to i zapewnił warunki bezkarności. Pokazuje to, jak bardzo jesteśmy nieświadomi pewnych mechanizmów, które cały czas funkcjonują. Sprawcy bardzo często, jeśli tylko mają sprzyjające warunki, stosują przemoc seksualną, ponieważ kultura gwałtu im na to pozwala, tak byli socjalizowani i mają przyzwolenie innych mężczyzn, którzy normalizują tę przemoc. Gisèle mogłaby powiedzieć, że jej mąż był bestią, ale ona wyraźnie mówiła, że Dominique przez wiele lat funkcjonował w rodzinie jako normalny mężczyzna. Myślę, że to jest narracja, którą trzeba zacząć częściej stosować, żeby przeciwdziałać tej przestępczości. Trzeba mówić, że sposób wychowania chłopców, który nie wskazuje na szkodliwość pornografii, prowadzi do takich skutków. Zrobić z kogoś potwora jest bardzo łatwo, trudniej jest przyznać, że przemoc stosuje ktoś kogo znamy i czasem lubimy. Monsteryzacja sprawców zwalnia nas z konieczności zrozumienia, jak zwykli ludzie stają się zdolni do okrucieństwa. Wierzę, że zmiana tego podejścia spowoduje, że po prostu będziemy mieli mniej takich przestępstw.
Warto dodać, że skutki ekstremalnej pornografii poznamy dopiero, gdy zostaną opracowane wyniki badań o non-fatal strangulation (podduszanie bez skutku śmiertelnego, wykorzystywane m.in. jako ekstremalna praktyka seksualna – przyp. P.A.), które dopiero co wystartowały np. w Wielkiej Brytanii.
Wielka Brytania ma uregulowaną kwestię ekstremalnej pornografii – od 2008 roku jest tam zakazana. Podobnie jak posiadanie niekonsensualnych obrazów intymnych i deepfake’ów seksualnych. Są one traktowane jako formy przemocy wobec kobiet i dziewcząt. Wielka Brytania jest państwem, gdzie wyróżniono to zagadnienie i łączy się je bezpośrednio z przemocą wobec kobiet oraz faktem, że może ona prowadzić do skutków śmiertelnych.
Polskie prawo nie zawiera odrębnej regulacji odnoszącej się do pornografii ekstremalnej lub typu deepfake z udziałem osób dorosłych. Ochrona prawna opiera się przede wszystkim na przepisach dotyczących naruszenia intymności seksualnej (art. 191a k.k.). Art. 202 k.k. penalizuje zaś pornografię z udziałem małoletnich oraz pornografię przedstawiającą wytworzony lub przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej. Proszę zauważyć, że nie ma w nim mowy o pornografii z udziałem osób dorosłych czy tworzonej przy użyciu Sztucznej Inteligencji.
Są to pewne luki systemowe, które u nas wciąż wymagają opieki i dostrzeżenia, że przemoc wobec kobiet to zjawisko szersze niż tylko przemoc domowa i może być reprodukowana za pomocą nowych technologii (AI tech-facilitated violence against women). Musimy dostrzec, że jest to również przemoc w miejscu publicznym, która bardzo często zaczyna się od seksistowskich żartów i przyzwolenia na nie.
Wiele osób pyta, czy wprowadzenie kobietobójstwa do Kodeksu karnego coś zmieni, czy kobiety przestaną ginąć, a sprawcy stosować przemoc. Nie zmieni od razu, ale pomoże uwidocznić przemoc wysokiego ryzyka, jakiej w szczególności doświadczają kobiety i dziewczęta. Doświadczenia innych państw pokazują, że warto nazywać to zjawisko kryminalne oraz rozmawiać o tym, w jaki sposób można je uregulować. Jednak za tą widocznością i debatą muszą iść konkretne inicjatywy edukacyjne, środki finansowe oraz kampanie społeczne mówiące o współczesnych zagrożeniach dla kobiet i o tym, jakie zachowania i przestrzenie reprodukują przemoc seksistowską. To akurat bezpośrednio się ze sobą łączy.
Czy tak ogólnie polski system radzi sobie z kobietobójstwami? Czy procedura Niebieskiej Karty jest skuteczna? Czy ta ochrona jest rzeczywiście zapewniana ofiarom przemocy domowej?
W Polskiej Mapie Kobietobójstw są sprawy, w których założenie Niebieskiej Karty spowodowało eskalację przemocy – sprawca dowiadywał się, że kobieta chce go zgłosić lub szuka pomocy. Pod tym względem mamy bardzo tradycyjne podejście: pokrzywdzona musi pójść do organu fizycznie. Inne państwa rozpracowują sytuacje wysokiego ryzyka (high-risk cases), takie jak rozstanie czy sam moment zgłoszenia przemocy i budują wokół nich infrastrukturę bezpieczeństwa dla pokrzywdzonych przemocą. Osoba doświadczająca przemocy może to zrobić osobiście, ale może też zadzwonić lub złożyć zawiadomienie elektronicznie. Wiele państw stosuje strony maskujące, które jednym kliknięciem umożliwiają wyjście i są usuwane z historii przeglądarki, oraz aplikacje do zgłoszeń, ponieważ wiedzą, że jeśli opresyjny sprawca dowie się o szukaniu pomocy, może to wywołać eskalację przemocy. Polska jest dopiero na początku tej drogi.
Czy Niebieska Karta działa? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno jest to mechanizm, który powinien być narzędziem żywym, na bieżąco udoskonalanym i weryfikowanym. Dobrym tropem było rozszerzenie nakazów ochronnych w 2020 roku – policja może wydać nakaz natychmiastowej izolacji sprawcy, i to osoba stosująca przemoc musi opuścić mieszkanie. Powinno to było zostać wprowadzone znacznie wcześniej, co narzucała obowiązująca w Polsce od 2015 roku Konwencja stambulska. Brakującym elementem prewencji, jaki zauważam przy kobietobójstwach, jest stałe monitorowanie eskalacji ryzyka (VAWG risk assessment monitoring). Monitoring powinien być ciągły: jeśli pokrzywdzona zgłasza, że przemoc eskaluje, nie może to być bagatelizowane. Informacja musi trafiać do systemu, najlepiej elektronicznego, do którego dostęp mają wszyscy uczestnicy postępowania: policjanci, pracownicy socjalni, prokuratorzy i sędziowie. Wtedy nie na wymówki, że ktoś nie wiedział.
Polskie sprawy kobietobójstw ujawniają również problem braku komunikacji miedzy organami. Jedna strona twierdzi, że nie wiedziała, druga, że nie zgłaszano eskalacji – i wtedy dochodzi do zabójstwa. Tak było w sprawie pani Katarzyny z Ruśca, gdzie funkcjonariusz wskazywał na prokuraturę, a prokuratura na policję. Brakuje skoordynowanego, elektronicznego systemu informacji o rosnącym ryzyku, który umożliwiłby zabezpieczenie pokrzywdzonej. Należy monitorować szczególnie przypadki przemocy wysokiego ryzyka np. te z udokumentowaną wcześniejszą historią przemocy. Kluczowe znaczenie ma szybka reakcja, nieignorowanie głosu pokrzywdzonej i zapewnienie jej natychmiastowej ochrony. Takie podejście spowoduje też, że osoby doświadczające przemocy (również mężczyźni) chętniej ją zgłoszą jeśli będą wiedziały/wiedzieli, że jest szansa na realną pomoc. W Polsce olbrzymią rolę w zakresie zaplecza antyprzemocowego odgrywają wciąż organizacje pozarządowe, ale powinna to być przynajmniej częściowo rola państwa. Nie można całym ciężarem zorganizowania infrastruktury pomocowej obarczać organizacji pozarządowych, które nie dadzą rady same. Przykładem państwa, które zbudowało jeden z najlepszych systemów przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej finansowany z budżetu, a nie grantów, jest Hiszpania. Jest tam wprowadzany system przeciwdziałania przemocy partnerskiej drugiej generacji (VioGen2), który po 20 latach doświadczeń jest wciąż stale udoskonalany.
Jedną z moich rekomendacji w raporcie jest dostrzeżenie przez organy ścigania, że przemoc domowa może eskalować do zabójstwa. Ocena ryzyka jest trudna, ale chowanie głowy w piasek i udawanie, że go nie ma, nie rozwiąże problemu. Konieczne są szkolenia dla prokuratorów, policjantów oraz sędziów tym czym jest przemoc partnerska, i na czym polega trauma, jakiej doświadcza pokrzywdzona (trauma centred justice). Przemoc wobec kobiet, w tym ta ze skutkiem śmiertelnym, to zupełnie inny charakter przestępstwa niż kradzież czy rozbój. Jej najbardziej bolesnym elementem jest fakt, że statystycznie najczęściej dopuszcza się jej osoba najbliższa pokrzywdzonej, pozostająca z nią lub będąca kiedyś w relacji uczuciowej, a dochodzi do czynu w przestrzeni domowej. Bardzo brakuje u nas perspektywy wiktymologii feministycznej, która uwzględnia te wszystkie czynniki i okoliczności. W Hiszpanii istnieją wyspecjalizowane sądy i prokuratury ds. przemocy wobec kobiet łączące kompetencje cywilne i karne.
Brakuje u nas także podejścia „po faktach”. Gdy w Polsce dochodzi do tak zwanego rozszerzonego samobójstwa, na które powinno się mówić zabójstwo samobójcze, sprawa jest umarzana i archiwizowana. Nie bada się jej głębiej. Nie ma znaczenia, że przed popełnieniem samobójstwa sprawca pozbawił życia swoich pozostałych bliskich, najczęściej kobiety. W Wielkiej Brytanii istnieją zespoły eksperckie takie jak MARAC czy homicide reviews, które analizują, co można było zrobić, aby te osoby przeżyły. Polska nie odrabia tej lekcji. Zamyka się te sprawy, bo po co je badać, skoro już nic nie da się zrobić. Często dostaję pytanie: „Po co Pani to zbiera? No przecież nie pomoże Pani już tym kobietom”. Chodzi o to, żeby uświadomić ludziom, że problem jest realny, pokazać skalę zjawiska i zobaczyć, co nie zagrało, aby następnym razem system zadziałał i nie doszło do kolejnej tragedii. Brakuje zespołów państwowych analizujących przypadki kobietobójstw, tych, gdzie sprawca też popełnił samobójstwo, pod kątem zapobiegania przyszłym zdarzeniom. Dlatego w maju 2026 roku wraz z Feminoteką i Niebieską Linią Fundacja Femicide in Poland wystosowała pismo do Ministra Sprawiedliwości, w którym apelujemy o powołanie stałego Zespołu ds. Badania Przypadków Przemocy wobec Kobiet ze skutkiem śmiertelnym.
Co jest dla Pani w tej pracy najtrudniejsze emocjonalnie?
Czasem czuję, że walczę z wiatrakami. Polska niestety cały czas pozostaje w narracji przemocy, która nie uwzględnia perspektywy kobiet i dzieci, w tym dziewcząt. Warto sobie uświadomić, że za generycznym pojęciem przemocy domowej, którym uparcie posługuje się od przeszło 20 lat polski ustawodawca (na przemian z przemocą w rodzinie) stoją prawdziwi ludzie – osoby pokrzywdzone. To ich perspektywę należy zacząć przyjmować. Mówić o przemoc wobec kobiet, przemocy wobec dzieci i również przemocy wobec mężczyzn. Dystansowanie się od problemu i udomowienie go w bezosobowej kategorii przemoc domowa nie spowoduje, że będzie on bardziej anonimowy albo zniknie. Bardzo często spotykam się z podejściem, że przemoc wysokiego ryzyka i kobietobójstwo to nie my – to może Afryka albo kraje Globalnego Południa, ale nie Polska. U nas jest pięknie, a ten, kto mówi inaczej, nie jest patriotą. Twierdzi się uparcie, że w Polsce takich przypadków śmiertelnych nie ma, a jeśli już są, to ich liczba jest znikoma. Tymczasem są one zebrane w raporcie i w mapie, więc teraz nie możemy się zasłaniać ich brakiem.
Świadomość, że tych przypadków z roku na rok przybywa, to ładunek emocjonalny, z którym trzeba sobie radzić. Opisujesz sprawę, która naprawdę miała miejsce. To nie jest powieść kryminalna, fikcyjny serial czy film, tylko historia kobiety, która jeszcze tydzień temu prowadziła zajęcia w szkole, była uśmiechnięta, miała, tak jak Ty, swoje plany, rodzinę i przyjaciół i nagle jej życie zostało dramatycznie odebrane. To jest ładunek, z którym trzeba sobie w jakiś sposób radzić.
Staram się nie sprowadzać tych przypadków do liczb. Dziennikarze, najczęściej mężczyźni, często pytają: „No to ile ich jest u nas?”, a gdy słyszą odpowiedź, reagują: „Tylko tyle? To po co o tym w ogóle mówić?”. Argumentują, że jest wojna, że Ukrainki czy Białorusinki mają gorzej, że niektóre kobiety żyją w dyktaturze i są wymazywane z życia publicznego, a w Rosji w ogóle nie istnieje przestępstwo przemocy domowej. Polska mentalność dotycząca tego zjawiska cały czas sprowadza się do stwierdzenia: „Inni mają gorzej”. Wyzwaniem jest uświadomienie sobie i zaakceptowanie, że to nie oznacza, iż nie mamy nad sobą pracować. To zadziwiające, bo dumnie przedstawiamy się wszędzie jako członek Unii Europejskiej, sygnatariusz Konwencji Rady Europy CETS210 i Konwencji ONZ CEDAW. Skoro mamy już taką pozycję, to przy przeciwdziałaniu przemocy powinniśmy obierać raczej inne punkty odniesienia niż kraje bloku wschodniego czy Bliskiego Wschodu. Zadawać inne pytania, jak chociażby: co możemy zrobić, żeby było lepiej, żeby kobiety i inne osoby doświadczające przemocy nie bały się jej zgłaszać, żeby wiedziały, że to, czego doświadczają, to przemoc, a nie żyły w niewiedzy i braku świadomości? Wciąż zbyt mało słuchamy organizacji pozarządowych, które znają problem od podszewki, na co dzień zajmują się problemem przemocy i mogłyby pomóc, a często same muszą walczyć o przetrwanie. Wciąż wstydzimy się, że Polki giną z rąk Polaków, bo łatwiej jest wierzyć, że zło i przemoc stosuje ktoś obcy, całkowicie inny od nas lub osoba całkowicie niepoczytalna czy wybitnie zła.

