Tłumaczenie artykułu „Against silence and exploitation: a survivor’s call to stand together”, opublikowanego na stronie magazynu Morning Star w dniu 07.03.2026 r. z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet.
Gisèle Pelicot powiedziała, że „wstyd musi zmienić stronę”. Może nam się wydawać, że się z tym zgadzamy, ale – jak argumentuje Louise Raw – jako społeczeństwo wciąż mamy jeszcze wiele do zrobienia.
Któregoś dnia przypomniał mi się jeden wyjątkowo brzydki koc. Był zrobiony z tego rodzaju syntetycznego polaru, który łatwo się elektryzuje i kopie prądem, jeśli nie jesteś wystarczająco ostrożna. Z przodu i z tyłu zdobił go ryczący lew, wyeksponowany w jaskrawych odcieniach czerwieni i pomarańczy.
Powiedział mi, że kupiła mu go jego siostra. Narzucił go na mnie w pewnym momencie tamtej bardzo długiej nocy, gdy zauważył, że się trzęsę i pewnie pomyślał, że to z zimna. Czasami nadal widuję ten koc na straganach i zawsze wtedy myślę sobie: „Tak, nadal jest tak samo brzydki, jak pamiętam – choć najwyraźniej po kilku dekadach cały czas się sprzedaje, więc co ja tam wiem?”. Nienawidzę w nim też tego, że wciąż ma moc przenoszenia mnie w przeszłość.
Może wydawać się to dziwne, że powiedziałam mu wtedy, że podoba mi się ten koc, ale większość kobiet musiała kiedyś do pewnego stopnia schlebiać lub przytakiwać mężczyźnie, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo – próbować wyplątać się z kłopotów słowami. Czasem myślimy – a nawet mówimy – że to po prostu część bycia kobietą.
Tak właśnie powiedziała mi moja przyjaciółka, gdy wróciłam wtedy nad ranem do domu. Wcześniej tej nocy udało mi się w końcu przekonać go, żeby otworzył te pięć zamków w drzwiach (tak, policzyłam je wszystkie). Tuż obok nich leżała też pierwsza maczeta, jaką widziałam w życiu. Przeszłam przez nie powoli, starając się na wszelki wypadek nie okazywać ulgi.
Nie pamiętam zbyt wiele z drogi powrotnej, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność, ale w końcu dotarłam do domu. Wymiotowałam przez jakąś godzinę, a potem zadzwoniłam do pewnej starszej kobiety, którą znałam od niedawna, bo byłam wtedy nowa w mieście.
Powiedziała mi: „No cóż – to był po prostu «gwałt randkowy» (date rape), to się zdarza. Po prostu się z tym pogódź, nie ma sensu robić z tego zamieszania”
Ta swobodna akceptacja faktu, że my, kobiety, jesteśmy z natury ofiarami i w każdej chwili, w każdym miejscu – na ulicy, w parku, w szkole, w pracy, w domu – możemy być zmuszone walczyć o życie, nie była wcale rzadkością.
Nie wydawało się to aż tak trudne, żeby „po prostu się z tym pogodzić”. Wykorzystywanie seksualne, którego doświadczałam od czwartego roku życia, nauczyło mnie już odcinać się od niektórych przeżyć i uważać na to, co mówię.
„Przyjaciel” rodziny powiedział mi kiedyś, że złamię mu serce, jeśli nie odwzajemnię jego „miłości”, a także, że złamię je mojej matce, jeśli jej o tym powiem. Nadal pamiętam to poczucie odpowiedzialności – świadomość, że w tak absurdalnie młodym wieku to właśnie ode mnie zależało szczęście tych dwojga dorosłych ludzi.
Raz jeszcze, chciałabym z całą mocą podkreślić, że ogromna liczba kobiet doskonale wie, o czym mówię – nawet jeśli wiek czy okoliczności są inne.
Chciałabym móc powiedzieć, że to były moje jedyne doświadczenia wykorzystywania seksualnego czy przemocy ze strony mężczyzn. Obawiam się, że przyznanie, iż tak nie było, graniczy z absurdem i podważa moją wiarygodność. Jak mogłaby rzec Lady Bracknell: „paść ofiarą jednego sprawcy można uznać za nieszczęście, lecz kilku – to już wygląda na lekkomyślność” [1].
Uczymy się więc trzymać to w sobie – a jeśli tego nie zrobimy, czekają nas społeczne konsekwencje.
Kilka lat temu, przez nieostrożność, wygadałam się o kocu i o tamtej nocy. Byłam na kolacji z dwiema kobietami, z którymi kiedyś pracowałam, już po dobrych kilku kieliszkach wina.
Były przerażone. Nadal pamiętam, jak próbowały mnie uciszyć, a potem do końca posiłku były wyraźnie wstrząśnięte i zirytowane. Po tej kolacji już nigdy się do mnie nie odezwały. Jedna z nich, gdy zdarza nam się wpaść na siebie na ulicy, do tej pory piorunuje mnie wzrokiem, tak jakbym była czymś szczególnie obrzydliwym na jej bucie. Uważa się za osobę lewicową, a jej bardzo miły mąż przez wiele lat był wysoko postawionym działaczem związkowym.
Moje uczucia co do tej sprawy były w tamtym czasie mieszanką wstydu i pewnego rodzaju poczucia niesprawiedliwości. Wstyd długo nie dawał mi spokoju, ale im więcej o tym myślałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że wcale nie pogodziłam się z tym, co się stało, a jedynie zamknęłam się w sobie, by chronić się przed kolejnymi wpadkami.
Postanowiłam więc przestać to ukrywać. Nie poruszałam tego tematu sama z siebie – tak jak nie robi się tego np. po poważnym wypadku samochodowym, który nie był twoją winą – ale gdy się pojawiał, nie wahałam się powiedzieć (prawie napisałam „przyznać się”), że byłam ofiarą.
Niektórzy reagowali, dzieląc się własnymi historiami, co zawsze było dla mnie zaszczytem.
Inni byli wyraźnie zakłopotani. Pozostali mówili mi, że lepiej nie rozmawiać o „tych sprawach”, a kilku zasugerowało, żebym zastanowiła się, co we mnie przyciąga taką „złą energię”. Jedna osoba zaproponowała mi homeopatię, która miała mi pomóc „odpuścić sobie” i „nie czuć potrzeby, by o tym rozmawiać”.
Ostatnimi czasy przetrwanki nie mają wyboru – muszą myśleć o przemocy seksualnej. Nieustanne wykorzystywanie przez skrajną prawicę tematu nadużyć seksualnych wobec dzieci jako narzędzia rekrutacyjnego i hasła mobilizującego; proces Pelicot; ujawnienia w sprawie Epsteina; szokująca śmierć Virginii Giuffre – wszystko to sprawia, że kwestie te pozostają w centrum uwagi.
Spośród wszystkich ujawnień dotyczących Epsteina najbardziej zszokował mnie nie tyle sam opis nadużyć, co fakt, że Soon Yi Previn, żona Woody’ego Allena, nazwała 15-latkę, do której 52-letni kongresman Anthony Weiner wysyłał wiadomości o charakterze seksualnym, „podłą i obrzydliwą”. Podejrzewam, że to mechanizm wyparcia mógł sprawić, że zareagowała w tak okrutny sposób, ale ta niesprawiedliwość i tak odebrała mi dech w piersiach.
Podczas procesu o gwałt we Francji, Gisèle Pelicot wielokrotnie mówiła, że „wstyd musi zmienić stronę” (La honte doit changer de camp). Powtarzała to, ponieważ chciała, by wszyscy dobrze to sobie zapamiętali i zastanowili się nad absurdalnością tego wstydu.
Chciała, żebyśmy zmierzyli się z tym, jak wciąż powszechne jest obwinianie ofiar.
W epoce wiktoriańskiej twierdzono, że cnotliwa kobieta nie może zostać zgwałcona – jej ciało miałoby po prostu odrzucić taką próbę.
To przekonanie miało wtedy ogromną siłę. Niektóre dziewczęta, porywane i przemycane z ubogiego londyńskiego East Endu do domów publicznych na West Endzie – gdzie bogaci mężczyźni płacili więcej za gwałcenie dziewic w specjalnych, dźwiękoszczelnych pokojach – były zbyt zawstydzone, by po pierwszym razie spróbować uciec do domu.
Może nam się wydawać, że tak okrutne zawstydzanie odeszło w zapomnienie razem z krynolinami i koronkowymi serwetkami – ale jeszcze w 2012 roku w USA kandydat do Senatu Todd Akin twierdził, że ciało kobiety potrafi w jakiś sposób samo zapobiec ciąży w przypadku „prawdziwego gwałtu”.
Sprawa Pelicot uświadomiła wielu osobom nowy wymiar grozy: że mężczyźni, którzy wydają się kochać swoje żony, nie tylko je odurzają i gwałcą, ale też zachęcają do tego obcych.
Ja jednak wiedziałam już wcześniej, że nie był to wyjątek – za sprawą Saskii Inwood, która w 2018 roku obudziła się w swoim domu w Maryland i odkryła, że jej mąż Mike Levengood nie tylko ją gwałci, ale również transmituje wszystko na żywo.
Podobnie jak Dominique Pelicot, Levengood wiedział, że jest częścią całej społeczności takich mężczyzn.
Pelicot korzystał z konkretnego czatu o nazwie „Without her knowing” („Bez jej wiedzy”, przyp. tłum.), by znajdować mężczyzn do gwałcenia swojej żony. Nagrywał wszystko i zapisywał w folderze zatytułowanym „Abuses” („Nadużycia”, przyp. tłum.). Dzięki temu policja wie, że sprawców było około 83 – choć zidentyfikowano tylko 50.
Równie trudna dla przetrwanek jest eksploatacja tematu wykorzystywania seksualnego dzieci przez skrajną prawicę. Bycie polityczną piłką oznacza, że się w nią kopie – a to boli.
Wiedziałam, jak wygląda rzeczywistość stojąca za „ochroną kobiet i dziewcząt” – jedna z moich znajomych, przetrwanka z tzw. „grooming gang” [2], była zastraszana przez ludzi Tommy’ego Robinsona [3], gdy sprzeciwiła się próbom nadania jej doświadczeniom rasowego wymiaru.
Założyłyśmy Survivors Against Fascism, by obnażać tę hipokryzję. Przewidywałam, że będę przez to atakowana, ale nie spodziewałam się ataku ze strony byłej aktywistki Class War [4], która dziś pojawia się na antenie GB News [5]. Napisała w mediach społecznościowych, że nie powinnam była zakładać tej inicjatywy, bo sama nie zostałam zgwałcona przez „muzułmański gang”, a następnie wysunęła absurdalne twierdzenie, że zazdroszczę tym, które tego doświadczyły.
Moje znajome, przetrwanki z tzw. „grooming gangs”, codziennie przechodzą przez piekło, a mimo to i tak spotykają się z negatywnymi reakcjami, gdy zachowują się „jak ofiary”, zamiast być tymi, które nazywamy „lśniącymi przetrwankami” (Shiny Survivors).
Słowo „ofiara” nie powinno być obelgą.
To nie jest etap, który trzeba za wszelką cenę zostawić za sobą. Nie muszą każdego dnia – ani nawet wcale – czuć się jak „przetrwanki”.
Nie są światu nic winne.
Musimy kochać i wspierać ofiary takimi, jakie są – nawet gdy wydają się trudne albo nas irytują. Czasem zdarzają się po prostu takie dni, w których ich rany są bardziej widoczne: to nie ich wina, że te rany istnieją, a my naprawdę musimy w to uwierzyć.
Alternatywą jest społeczna izolacja – choć niezamierzona, jest to kara, na którą nie zasługują.
28 marca będę na marszu Together Alliance przeciwko skrajnej prawicy i po raz pierwszy pojawi się tam baner Survivors Against Fascism.
Podejdźcie, przywitajcie się i jeśli możecie, pomóżcie mi nieść ten baner: niektóre przetrwanki nie mogą się ujawnić i – co stanowi tu trafną analogię – polegam na was, bo sama go nie udźwignę!
Więcej informacji na stronie www.togetheralliance.org.uk. Z Survivors Against Fascism można skontaktować się pod adresem: survivorsAF@proton.me.
Bibliografia:
[1] Nawiązanie do słynnej kwestii Lady Bracknell ze sztuki “The Importance of Being Earnest” Oscara Wilde’a: „To lose one parent may be regarded as a misfortune; to lose both looks like carelessness.” [wszystkie kolejne przyp. tłum.]
[2] „Grooming gang” – określenie używane w języku angielskim na grupę sprawców, którzy systematycznie uwodzą, manipulują i wykorzystują seksualnie osoby nieletnie, często działając w sposób zorganizowany.
[3] Tommy Robinson – brytyjski działacz i aktywista skrajnej prawicy, znany z działalności antyimigracyjnej i antyislamskiej oraz z nagłaśniania spraw związanych z tzw. „grooming gangs” w Wielkiej Brytanii.
[4] Class War – brytyjska, anarchistyczna organizacja o charakterze antykapitalistycznym, znana z radykalnych form protestu.
[5] GB News – brytyjska stacja telewizyjna o profilu konserwatywnym, uruchomiona w 2021 roku, często opisywana jako prawicowo-konserwatywna alternatywa dla głównych mediów informacyjnych w Wielkiej Brytanii.

